You are here

Kiedy Kłulik pojechał Tramwajem czyli rozmowa z Martą Kisiel uzupełniona konkursem

Dziś zapraszam na rozmowę z pisarką, która stoi za jedną z najlepszych premier tego roku, czyli „Nomen Omenem”, oraz tytułem awansującym szybko do kategorii kultowego, czyli „Dożywociem”. Przed Wami znana, lubiana i, mam nadzieję, wkrótce BARDZO BARDZO popularna Ałtorka Marta Kisiel! :)

Zaczynamy

Każdy autor ma pytania, których szczerze nienawidzi. Sam kiedyś zadałem takie Robertowi Wegnerowi i jego reakcja była mocno emocjonalna. Prosiłbym o podpowiedź, jakich pytań nie zadawać.

Jest jedno takie pytanie, którym gnębiona byłam, jestem i chyba będę już do usr… ekhm, znaczy, do śmierci. Krótkie, niby niewinne, niby bez podtekstów ani bolesnych sugestii — a jednak to mój koszmar nad koszmary. Brzmi ono: „Piszesz?” Za każdym razem, kiedy je słyszę, jakaś cząstka mnie dostaje gustowny kaftanik, zastrzyk i izolatkę.

Niestety, jedno z tych niewygodnych paść musi, inaczej czytelnicy mogliby poczuć się oszukani. Kiedy kolejna książka? Błagam, nie każ nam czekać kolejne cztery lata :)

Spokojnie, kolejna już się pisze. Wolniej, niż początkowo zakładałam, bo mię dziecię osobiste kłody pod nogi miota całymi garściami, ale jednak! Mowa, rzecz jasna, o „Zombie Greyu”. Mam nadzieję w tym roku go skończyć i brać się za następną powieść, czyli drugie „Dożywocie”, jednocześnie szykując się pomału do popełniania „Mickiewicza”, bo ta książka będzie wymagała gruntownego, czasochłonnego researchu. Coś mi mówi, że przed końcem roku padnę jak koń po westernie. Albo postradam te mizerne resztki zdrowych zmysłów, jakie się jeszcze we mnie kołaczą.

Czy możesz zdradzić, jak u Ciebie wygląda proces twórczy? Najpierw konspekt całości czy pozwalasz fabule na swobodny rozwój?

Jeśli chodzi o mój stosunek do pomysłów, jestem absolutnym zamordystą. Nie ma mowy o żadnej swobodzie, najchętniej zakułabym je w dyby. Zaczyna się, jak to niedawno pokazywałam na swoim fanpage’u, od kartek i karteczek przeróżnych rozmiarów, na których notuję przebłyski wszelkiej maści — pomysły na fabułę, dziwne nazwiska, ciekawostki i tym podobne pierdoły. Kiedy karteczki zaczynają mi wypadać ze wszystkich szuflad i nie widzę zza nich monitora, sięgam po swój kajet, wsio spisuję, starając się ten chaos jakoś zorganizować, połączyć jedno z drugim, czwarte z siódmym i tak dalej… po czym wracam do karteczek. I tak raz, drugi, trzeci, dopóki te drobiazgi nie ułożą się w całość. Wtedy odpalam edytor tekstu i spisuję konspekt od A do Z: miejsce i czas akcji, bohaterowie, plan wydarzeń, istotne szczegóły, a do kompletu gotowe fragmenty dialogów czy narracji. Zabrzmi to pewnie przerażająco, ale moje konspekty mają nawet własne spisy treści…

A jest jakieś specjalne miejsce, w którym lubisz pisać? Schowek na odkurzacz czy może kuchnia pachnąca ciastem rabarbarowym lub potrawką z królika?

Odkurzacz trzymam w szafce, nijak tam nie wlezę… Można by rzec: Gdzie komputer mój, tam pisanie moje. Byle mi nikt nie zawracał gitary i coś grało w tle, to mogę pisać gdziekolwiek, póki mi gałki oczne nie wypłyną.

Skąd się w ogóle wziął królik, a właściwie kłulik? Masz jakiś szczególny sentyment do tych zwierząt?

Dawno, dawno temu hasałam wesoło po forum Fahrenheita. Był tam taki wątek, w którym jedna osoba na podstawie awatara zadawała zagadkę typu „zgadnijcie, co to za użytkownik”, a inne mogły zgadywać. Komu się udało, ten mógł zadać swoją zagadkę i tak dalej. Pewnego razu obiektem zagadki zostałam ja, a miałam wtedy w awatarze postać z anime „Chobbits”, przypominającą pluszowego różowego króliczka z wyjątkowo długimi uszami. Kiedy w końcu padła trafna odpowiedź, ktoś (tak, Potat, właśnie Ty!) stwierdził, że dla niego to nie jest żaden króliczek, tylko dziurawa piżama. Niby różowy królik, ale nie do końca. I wtedy z ust czy raczej z palców A. Masona padło określenie „łurzowy kłulik”. Przywarło na amen. Z rozpędu dostosowałam się nawet kolorystycznie, bo wcześniej nigdy nie nosiłam różu, ale i to skłuliczenie, i kolor jakoś dziwnie do mnie pasują… Zresztą z forum Fahrenheita wyniosłam nie tylko nową tożsamość. Określenie „ałtorka” też stamtąd pochodzi. Natomiast co do królików jako takich, kontakt z przedstawicielem tego gatunku miałam tylko raz, za to intensywny, bo przez kilka dni opiekowałam się królikiem znajomych. Do tej pory nie wiem, czy to był on, czy może jednak ona, w każdym razie białe, puchate i bardzo nastawione na kicanie za mną, przede mną i wokół mnie przy każdej nadarzającej się okazji. Wspomnienia tych naszych wspólnych chwil znalazły się, rzecz jasna, w „Dożywociu”, z tą drobną różnicą, że mnie nikt ze schodów na szczęście nie zrzucał. Może dlatego, że nie było z czego.

Powoli miejską legendą staje się historia, jakoby za pomysłem na jeden z planowanych tytułów stała rozmowa z pewnym blogerem. On sam sugeruje, że to nie do końca prawda, a jak to wygląda z Twojej strony?

Wypiera się, mięczak jeden! Pewnie się boi, że mu potem będą współudział w gniocie wypominać, ha! Nie ma tak dobrze, niniejszym bezczelnie i bezlitośnie potwierdzam. Pomysł na „Zombie Greya” podsunął mi przypadkiem niejaki Zacofany W. Lekturze, za co chwilowo, z racji się tej książki pisania, przeklinam go wraz z przodkami do siódmego pokolenia włącznie. Dzieciom odpuszczę, nie będę świnia, chociaż kolorystycznie wciąż by się zgadzało. Niestety, ja już tak mam, że chłonę świat zewnętrzny niczym gąbka — tu coś zasłyszę, tu coś przeczytam, tu mi ktoś podszepnie… A potem ludzie się dziwią, czemu ja nie piszę normalnych książek!

Skoro jesteśmy już przy blogujących. Czy według Ciebie blogosfera ma jakikolwiek wpływ na wyznaczanie trendów czytelniczych w Polsce?

Obudzona choćby w środku nocy niczym litanię wyrecytuję, że gdyby nie blogosfera, pół nakładu „Dożywocia” wciąż zalegałoby w magazynach wydawcy. Jeśli nie więcej. Pewnie ci, którzy usiłują właśnie zdobyć dla siebie egzemplarz, teraz tę blogosferę i jej skuteczność będą wyklinać z całego serca… Wiadomo, internet to nie wszystko, wielu odbiorców literatury w ogóle do niego nie sięga. Im blogosfera jako taka jest całkowicie obcym zjawiskiem. Wydaje mi się jednak, że autorom mojego pokroju i takim czytelniom jak moi bliżej do blogosfery jako źródła wiedzy o tym, co się w tych książkach aktualnie wyprawia, niż na przykład do recenzji w ogólnopolskich tygodnikach, o krytyce literackiej z prawdziwego zdarzenia nie wspominając. Sama tych tygodników regularnie czytam sztuk trzy, zawsze patrzę, co akurat polecają i dlaczego — i jako czytelnik może ze dwa razy znalazłam tam coś dla siebie. Zupełnie nie moja bajka. Natomiast jako autor też tam raczej nigdy nie zagoszczę, z dokładnie tych samych powodów. Odnoszę wrażenie, być może mylne, że blogom literackim jest bliżej do tak zwanego przeciętnego czytelnika i jego gustu, czytelnika, który czyta przede wszystkim dla przyjemności, a nie dlatego, że wypada coś tam znać. I nie wstydzi się, że lubi lekką fantastykę albo babskie czytadła, chociaż pewien bardzo utytułowany pan pisarz załamywał nad tym faktem ręce.

Kto wpadł na pomysł, aby ilustracje do „Nomen Omena” wzięła na siebie Katarzyna Babis?

Wydawnictwo. Przyznaję bez bicia, że w pierwszej chwili podeszłam do tego pomysłu jak do jeża. Kojarzyłam rysunki Kasi, bo śledziłam dzieje projektu Tequila, i miałam wątpliwości, czy jej komiksowa kreska będzie pasowała do historii, którą opowiedziałam. Redaktor kreatywny zapewniał mnie jednak, że będzie, więc postanowiłam mu zaufać. No i potem odszczekiwałam wszystko pod stołem, jak należy, bo ilustracje wyszły świetnie, a ja już myślę o tym, jak Kasia narysuje „Zombie Greya”.

A czy Ałtorka mogła mieć jakieś uwagi czy sugestie w procesie ich powstawania?

Mogła, była wręcz o nie namiętnie wypytywana i przez wydawcę, i przez samą Kasię. Odparła im jednak bezczelnie, że ona już swoje zrobiła i teraz pora, aby do akcji wkroczyła wyobraźnia ilustratora. No, przyznaję, zapchałam Kasi skrzynkę zdjęciami z Wrocławia, żeby mogła to i owo zobaczyć nie tylko oczyma duszy swojej, poza tym jednak zdałam się całkowicie na jej inwencję.

Co sadzisz na temat cykli powieściowych? To dobry pomysł, takie ciągnięcie tematu jak u Martina?

Jako czytelnik nie mam nic przeciwko cyklom. Za to jako autor wolałabym chyba galery… Podziwiam Martina, że to wszystko ogarnia, że mu się w ogóle jeszcze chce brnąć tom za tomem w stronę finału, chociaż ja już dawno się w tym wszystkim pogubiłam i nie kojarzę chyba połowy postaci. Ale są cykle i cykle. Owszem, czytam też i takie, w których bohater charakterologicznie stoi w miejscu i niczym marionetka autora bierze udział w kolejnej zadanej mu przygodzie z serii. Zdecydowanie wolę jednak takie, w których główna postać z tomu na tom ewoluuje, zmienia się, nie zawsze na lepsze, pod wpływem rozmaitych wydarzeń i w rezultacie nie ma absolutnie żadnego porównania między tym, kim była w tomie pierwszym, a tym, kim stała się w tomie ostatnim.

Pytanie o ulubioną książkę to prawdziwe barbarzyństwo, ale może masz jakieś w miarę aktualne Top 5 tego, co przypadło Ci do gustu?

Łzy leję rzęsiste, bo właśnie skończył mi się Jo Nesbø… Cykl o Harrym Hole to jest ostatnio mój absolutny numer jeden, wciągnął mnie jak bagno. Zacieram też łapki, bo na półce czeka piąty tom o komisarzu Maciejewskim, a szósty ukaże się już niedługo. Kolejny świetny cykl. Miejsce trzecie… hm… Rany jeża, jak tu wybrać… Czy to może być Top 50?…

Ostatnio zaczyna rosnąć rynek książki elektronicznej. Z punktu widzenia czytelnika audiobooki i ebooki są bardzo wygodne. A co o tym sądzi autor, jak to wygląda z Twojej perspektywy?

Wychowałam się na Bajkach Grajkach z płyt gramofonowych, więc to chyba nic dziwnego, że lubię wszelkiej maści audiobooki, czytane przez lektora albo słuchowiska. Bardzo często towarzyszyły mi w czasach, kiedy przemieszczałam się głównie komunikacją miejską. Uwielbiałam to. Stałam sobie w zatłoczonym tramwaju, na zewnątrz chlapa, a ja miałam w uszach Narnię… Słuchowisko „The Chronicles of Narnia” w wersji BBC Radio Theatre to absolutny majstersztyk. Marzy mi się takie „Dożywocie”… „Nomen Omen” zresztą też, bo z lektorami różnie bywa — jeden wyniesie tekst na wyżyny, drugi zanudzi słuchacza na śmierć. A co do ebooków, od dwóch lat jestem szczęśliwą posiadaczką i użytkowniczką czytnika. No, przynajmniej w teorii, bo w pewnym momencie zakosił mi go mąż i teraz nie chce oddać. Coś mi mówi, że bez drugiego egzemplarza się nie obejdzie. Jako czytelnik bardzo chętnie sięgam po ebooki, a jako autor nie wykazuję pod tym względem rozdwojenia jaźni. Zresztą, jakby na to nie patrzeć, „Dożywocie” funkcjonuje na rynku już tylko w wersji elektronicznej.

Skąd wzięło się zamiłowanie do planszówek?

Z małżonka. Znaczy, jemu się wzięło znikąd, a potem on mnie wziął i zaraził. Tym zamiłowaniem, znaczy. Wcześniej graliśmy razem w „World of Warcraft”, „Allods Online” czy „Rifta”, ale po narodzinach dziecia stwierdziliśmy, że potrzeba nam rozrywki, która pozwoli nam na większą bezpośrednią interakcję, na naprawdę wspólne spędzanie czasu, a nie spędzanie go jednocześnie na tej samej czynności. Najlepiej z dala od komputera. Padło na planszówki. Małżonek mój w dzieciństwie grywał z rodzeństwem, ja mogłam o tym co najwyżej pomarzyć, bo chociaż gry rozmaite posiadałam, to już partnerów do turlania kostką nie. Wsiąkliśmy do tego stopnia, że w tym roku wybieramy się na targi do Essen.

Jaka najczęściej ostatnio ląduje na stole?

Najnowszy nabytek, który przywieźliśmy z Brzeskiego Festiwalu Gier Planszowych, czyli „Suburbia”, poza tym „Kingdom Builder” i „Rokoko”. Oboje uwielbiamy gry Stefana Felda, przy czym moim absolutnym numerem jeden są „Zamki Burgundii”, mąż natomiast chyba woli „Bora Bora”. Dzisiaj kurier przyniósł nam „Qwirkle”, a na stole czeka już rozłożone „Macao”. Piękny widok!

Zdarza Ci się czytać komiksy?

Teraz już nie, ale kiedy byłam mała, tato czytał mi komiksy na dobranoc. Wiadomo, klasyka — „Tytus”, „Kajko i Kokosz”, „Kleks”… Z posiadanych stosów pamiętam też „Hansa Klossa” i „Kapitana Żbika”. Do tej pory mam kilka ulubionych komiksów, „Hugo” i „Arię”. Resztę oddałam, bo mi brakowało w pokoju miejsca na książki, i bardzo tego dzisiaj żałuję. Zwłaszcza serii o Ais, na podstawie Dänikena, no i Baranowskiego… Był też taki moment, kiedy wsiąkłam w mangę, ale na studiach mi przeszło.

Jeśli wakacje, to…?

Zdecydowanie z dala od tłumów. Ostatnio znowu jeżdżę w Góry Stołowe, które bardzo często odwiedzałam w dzieciństwie. Jest i gdzie połazić po szlakach, nie przydeptując sobie przy tym języka, i co pozwiedzać. Do tego lasy, cisza, spokój… Więcej mi do szczęścia nie trzeba.

Ulubiona muzyka?

Rock, rock i jeszcze raz rock. Nade wszystko kocham Queen, co niespodziewanie przydało mi się w pracy, bo miałam okazję tłumaczyć biografię Freddiego Mercury’ego. Lubię też muzykę klasyczną, swing, musicale… Długo by wymieniać.

Ulubione ciasto?

Murzynek mojej babci. Robi go, odkąd pamiętam, i nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała przed zjedzeniem choćby kawałka.

Autobus czy tramwaj?

Pewnie, że tramwaj! Uwielbiam tramwaje! Wiesz, skąd się zalążek „Nomen Omen”? Jechałyśmy kiedyś z moją betą tramwajem z Krzyków do Leśnicy, na wrocławskie Dni Fantastyki. Jakieś pięć lat temu. Na tej trasie są cudowne, długie odcinki, na których tramwaj może się rozpędzić i rozkołysać, od czego na gębie rozkwita mi wyjątkowo durnowaty uśmiech. Uwielbiam to kołysanie z turkotem w tle. I wtedy pomyślałam sobie, że chciałabym kiedyś napisać opowiadanie, którego bohater przejeżdżałby tramwajem obok cmentarza żydowskiego na Ślężnej. A z tego cmentarza wylazłby wtedy jakiś upiór i się dosiadł… To zresztą też nie wzięło się znikąd, bo razem z betą natknęłyśmy się tam raz na grobowiec niejakiego Josepha, przy którym — grobowcu, nie Josephie — ziała wieeelka dziura w ziemi. Uznałyśmy, że to Joseph wziął i wylazł, a teraz za nami łazi…

Czy istnieje jakiś sposób, aby namówić Krakersa lub któregoś z jego kuzynów do przeprowadzki we wskazane miejsce ?

Zapewniam cię, że gdyby istniał, Krakers już mieszkałby ze mną. I za nic w świecie bym go nie oddała, bo taka ze mnie gospodyni domowa jak z koziej dupy waltornia. Ale Szczęsnego jak najbardziej, może są jacyś chętni?… Wskrzeszę drania, nie ma sprawy!

Co sądzisz o kotach? Analizuję teorię ich wpływu na twórców w Polsce i zbieram materiały dotyczące korelacji pomiędzy pisarzami i kotami.

Gdybym nie miała kota, miałabym… wróć. Gdybym nie miała męża, miałabym kota. Niestety, mąż jest na koty uczulony potężnie, a lubię gościa i nie chcę go nikomu oddawać, więc o własnym kocie pozostaje mi ino pomarzyć. Osobiście jestem zdania, że nie ma jak kot na głowie. Na rękach. Na plecach. I na kolanach… Po prostu wszędzie. Najlepiej godzinami. Testowałam ten układ z czterema kocurami jednocześnie i wszyscy byliśmy zachwyceni. Nie wiem, kto mruczał przy tym głośniej, oni czy ja.

Czy planowane są jakieś spotkania z Ałtorką, na których będzie Cię można spotkać? Niezależnie czy będą to spotkania zwykłe czy partyzanckie ;)

Wiele wskazuje na to, że zjawię się na tegorocznych Dniach Fantastyki. Planuję również wpaść na targi książki w Krakowie, mam nadzieję, że nic mi nie stanie na drodze. Wspólnie z paroma życzliwymi duszami próbuję też zorganizować choć jedno osobne spotkanie, ale nie wiem, czy się nam uda. Jeśli tak, na pewno będę o tym donosić na fanpage’u.

Dziękuję uprzejmie za poświęcony czas, życzę powodzenia we wszystkich projektach :)

KONKURS !

Na koniec mała niespodzianka dla czytelników. Możecie wygrać dwie dotychczas napisane przez Martę książki, „Dożywocie” lub „Nomen Omen”. Sami wybierzecie, która nagroda was interesuje.

Aby to zrobić, należy do niedzieli 9 marca 2014 do godziny 23.59 na adres oisaj@tramwajnr4.pl wysłać proponowane hasło reklamowe wybranej książki Ałtorki. Zgłoszenie konkursowe musi być uzupełnione o informację, którą książkę chcecie wygrać. Można chcieć wygrać obie. Do niedzieli 16 marca Ałtorka wraz z komisją skrutacyjną zadecyduje, które hasła/slogany/rymowanki reklamowe najbardziej przypadły jej do gustu. 17 marca nastąpi ogłoszenie wyników, a zwycięzcy zostaną poproszeni o podanie adresów wysyłki. Adres musi znajdować się na terenie Polski. Będzie nam ogromnie miło, jeśli polubicie fanpage Ałtorki i fanpage Tramwaju. Jeśli to możliwe, prosiłbym o umieszczenie na blogu lub w mediach społecznościowych informacji o konkursie. Można w tym celu użyć poniższego baneru.

Zapraszam serdecznie!




Related posts

20 thoughts on “Kiedy Kłulik pojechał Tramwajem czyli rozmowa z Martą Kisiel uzupełniona konkursem

  1. Wywiad fajny, a konkurs, hmm? Nigdy nie lubiłem konkursów kreatywnych, bo ze mnie tekściarz jak, no, waltornia. Ale spróbuję, bo co mam nie spróbować :)

    1. Powiedział poczytny bloger :)

    2. Bloger to ponoć brzmi dumnie, jam jest zwykły Bazyl bazgrzący :P Ale komplement biere, bo lubie :D

    3. Bloger to ponoć brzmi dumnie, jam jest zwykły Bazyl bazgrzący :P Ale komplement biere, bo lubie :D

  2. Doprawdy, czuję się przeklęty, przodkom pewnie wszystko jedno. Tyle dobrego, że Ałtorka nieletnim dziatkom odpuściła, bo inaczej podesłałbym jej Młodszą wydającą nietoperze dźwięki i z głową obracającą się wokół własnej osi :P

    1. Odpowiedź z udziałem Kabaretu Starszych Panów naprawdę przednia :)

  3. Ola

    Świetny wywiad:) Podobają mi się „partyzanckie spotkania autorskie”:)

    1. To patent Marty. W Katowicach zrobiła takie na targach i od tego momentu mam cudną dedykację w moim Dożywociu :)

  4. Jak Ałtorka nie zjawi się we Wrocławiu na Dniach Fantastyki, to klątwa na nią spadnie. Taka o wadze 16 ton :P

  5. Jak Ałtorka nie zjawi się we Wrocławiu na Dniach Fantastyki, to klątwa na nią spadnie. Taka o wadze 16 ton :P

  6. Wywiad faktycznie całkiem, całkiem:-) Udany można rzec! Spisaliście się obydwoje :-D
    A konkurs jest włedny, nawet bardzo włedny;-)
    Normalnie jakby ktoś chciał wyciąć w przedbiegach takich dwóch co to się przedtem deklarowali…
    Proponowałem Klarze (moja kotka) żeby pomogła, ale powiedziała, żebym się wypchał, bo we wpisie nie oddałem dokładnie jej urody i zalet wszelakich… Jak widać kotki też potrafią być włedne, zupełnie jak różne inne zwierzątka;-)

    1. Trzymam kciuki, nie poddawaj się :)

    2. Trzymam kciuki, nie poddawaj się :)

  7. Wywiad faktycznie całkiem, całkiem:-) Udany można rzec! Spisaliście się obydwoje :-D
    A konkurs jest włedny, nawet bardzo włedny;-)
    Normalnie jakby ktoś chciał wyciąć w przedbiegach takich dwóch co to się przedtem deklarowali…
    Proponowałem Klarze (moja kotka) żeby pomogła, ale powiedziała, żebym się wypchał, bo we wpisie nie oddałem dokładnie jej urody i zalet wszelakich… Jak widać kotki też potrafią być włedne, zupełnie jak różne inne zwierzątka;-)

  8. No, no, Pan Redaktor i Pani Ałtorka spisali się na piątkę z plusem :) Nic tylko czytać, poznawać, podziwiać i czekać na kolejne tramwajowe wywiady i, przede wszystkim, książki naszego dzisiejszego gościa.

  9. No, no, Pan Redaktor i Pani Ałtorka spisali się na piątkę z plusem :) Nic tylko czytać, poznawać, podziwiać i czekać na kolejne tramwajowe wywiady i, przede wszystkim, książki naszego dzisiejszego gościa.

  10. O kurcze! Bardzo dobry wywiad, który się z przyjemnością czyta. Niestety, ale żadnej książki autorki – przepraszam – ałtorki nie czytałam, ale tekst bardzo mnie zachęcił do Omen nomen ze względu na ten tramwaj i grób Josepha. ;) W konkursie udziału nie wezmę, właśnie ze względu na mój brak wiedzy odnośnie książek autorki. ;)

    Pozdrawiam

  11. Uff, teraz doczytałam (mam zaległości jakieś straszliwe), nieźle Marta!

Dodaj komentarz