You are here
Adrian (Secrus) 

„Wielopole” – Krakowskie peregrynacje nocą

O piątej nad ranem, na krakowskim Kazimierzu, przekroczywszy próg godziny czwartej w ogródku małej knajpki na modłę PRL-u, obraliśmy ostatni kierunek – Singer przy Estery. Mały przedpokoik co prawda wyglądał staroświecko, ale był tylko jak przejście graniczne, z kilkoma fotelami rozstawionymi pod ścianą, paroma stolikami i ludźmi, którzy rozmawiali przez telefon albo po prostu wyszli odsapnąć. Z pomieszczenia po prawej dochodził gwar muzyki i ludzkich krzyków. Salę z barem wypełniali poranni imprezowicze, trzymając w dłoniach kufle z piwem albo szoty lub tańcząc, nie tylko na parkiecie. Każdy stół zajmowała jakaś obściskująca się para – starsza, młodsza, tańcząca czy jedynie poruszająca się blisko siebie w rytm dudnień. Było duszno, do nosa wdzierała się woń uwalniana przez ludzkie ciała, wszystko wokół pulsowało drażniącym, czerwonym kolorem, nawet rozkrzyczane i wykrzywione w uśmiechach twarze. Postałem tam minutę i wyszedłem, nie chciałem już nic zamawiać. Ale ten obraz krakowskiego Singera na Kazimierzu przy Estery się nie ulotnił, gęste wspomnienia tego rodzaju ot tak nie wyparowują.

A choć powyższy opis – niezmyślony zresztą, bo będący finałem mojej nocnej eskapady po grodzie Kraka – nie bardzo wchodzi w komitywę z jakąkolwiek literaturą, to już wrażenia z tamtego wieczoru są jak pocisk samonaprowadzający na Wielopole Wojciecha Klęczara, krakowską prozę knajpianą na pozór, a krakowską prozę ludzką po wejściu głębiej. I dziś będzie parę słów o takim nieco melancholijnym, m/nocnym pisaniu, choć może raczej pisaniu o melancholii i zawieszeniu w życiu rzucanych na kontuar barmanowi przy którejś, pierwszej czy dziesiątej, pięćdziesiątce. Scena z Singera mogłaby być częścią Wielopola, gdybym z tamtego roztańczonego tłumu wyrwał jedną osobę, jak to robi Klęczar, i przeniknął jej zależności, siatkę przyjaźni, miłostki, lęki i bolączki, gdybym pozwolił jej stać się anegdotą ciśniętą do środka opowieści albo jedyną wyrazistą opowieścią przecinaną setkami ludzkich anegdot. Gdybym postawił drinka i kazał mówić. Tak jak potrafi i o tym, co czuje.

Wielopole to książka, która w centralnym punkcie nie stawia fabuły, lecz język, próbę sprofilowania przekroju ludzi tworzących nocne życie Krakowa i sam Kraków, jawiący się tak, jak go widzą ludzie, którzy postanowili go przemierzać. Narratorem jest barman pracujący w krakowskiej knajpie o nazwie Prokrastynacja. To przez niego przefiltrowane są losy bohaterów książki. Pisarz ciekawie rozwiązał kwestię kompozycji – 9 pierwszych rozdziałów to shorty lub krótkie opowiadania o wycinkach z życia różnych osób (tytułowane wedle tego, kim ich bohaterowie są: Pisarz, Dziennikarz, Dyplomata itp.), ostatni jest dłuższy, o objętości zbliżonej do wszystkich pozostałych, nazwany tak jak cała książka i będący opowieścią tego, który do tej pory wysłuchiwał i przekazywał. To niecodzienny zabieg – na końcu nie następuje coś, co spaja resztę, lecz historie opowiadane barmanowi zmieniają się w historię barmana (choć to określenie orientacyjne – w Wielopolu nie jest ważny zawód narratora, to nie na bycie barmanem pada akcent) opowiadaną nam przez niego samego, tak jakbyśmy to my stali za barem i mogli snuć wizje dotyczące tego, w jaką kilkustronicową anegdotę za x lat zamieni się tytułowe Wielopole, co zostanie z tej opowieści o skrawku życia po sprawieniu, by mogła ona być na tyle krótka, aby dało się ją przekazać, nim tacka kolorowych shotów wleje się do gardła klienta.

Posiłkując się mglistymi barowymi sylwetkami, Klęczar porusza dużo tematów, choć zwykle to minorowe ludzkie uczucia i stany: samotność, prokrastynacja, niespełniona miłość (w ogóle związki), melancholia czy zwykły, lecz wyartykułowany na wiele sposobów smutek. Przy tym jednak nie brakuje oschłego, ale błyskotliwego humoru (osobowe wyliczanki autora, kiedy z żartem obnaża zgraję stereotypów trawiących młodych ludzi), ironicznych komentarzy, którymi co raz częstuje nas życie. A zaraz potem, może na tej samej stronie: echo smutku po opustoszałym Wielopolu, po kamienicy klubowej pod piętnastką (gdzie królowały Łubu Dubu i Kitsch), której przyszłość wyznaczył 6 listopada 2011 roku, a w jednym miejscu w książce jest ostatnich kilkadziesiąt godzin 2011 roku, więc to rana jeszcze świeża, wspomnienie tego, co nie istnieje od niedawna. Autor o Krakowie opowiada z bliska, nie dystansuje się, zachowuje wieczorną topografię miasta, literacko rozwija wędrówki ulicami Krakowa po zmroku. Nie wchodzi w rolę edukatora, bo gdy wspomina Wielopole, to jak z kumplem, który bywał tam z nim. Ważne, że choć nastrój książki ewidentnie jest ponury i rozmyty, to pisarz nie popada w przesadę i egzystencjalny bełkot, nie chce też być drugim Perekiem. Tworzy toutes proportions gardées.

Wielopole wyróżnia też język, który jest dość osobliwy, bo ze składnią charakterystyczną dla mowy potocznej (dobrze skonstruowaną) przy nielicznych dialogach i tendencją do przeciąganych zdań z długim okresem oraz do stylu z retardacjami, wracaniem do raz wypowiedzianych słów oraz powtarzaniem elementów składni przy wychodzeniu z (dość licznych) narracyjnych dygresji. Może nie zawsze Wojciech Klęczar pisze tak, że czytelnik płynie przez zdania, czasem następuje też zgrzyt między stylami, zdarzają się gorsze akapity, ale sam język idealnie pasuje do tematyki książki, a praca z dobrym redaktorem wyeliminowałaby te drobne niedociągnięcia czy miejsca, w których należałoby narrację ożywić.

Autor Wielopola to świetny obserwator przyziemności, o której w kształcie, w jakim zaprezentował to w swojej książce, wcale tak często nie mamy okazji czytać, a ponadto nieźle tę przyziemność faszeruje inteligenckością, jakimś przekąsem, przez który nie wiadomo, na ile tę knajpianą twarz Krakowa poznał i przejął, a na ile poznał, oddalił się i obserwując, spisał. To książka z bardzo wąskim światem przedstawionym, wszystko toczy się wokół tych knajp, jakby pod te knajpy i pod ten Kraków Wielopole było pisane. I zapytałbym, po co pisać pod, jak można o, ale nie zapytam, bo Klęczar te dwa spojrzenia całkiem nieźle łączy. Może tylko za mało w tym ciekawych historii – oczywiście z życia, bo nie oczekiwałem po Wielopolu sensacyjności – które by tę literaturę uatrakcyjniły, skoro to jeszcze nie poziom największych mistrzów pióra. Ale może będzie… Na razie wiem, że Klęczara się dobrze czyta, i przypuszczam, że równie dobrze się z nim siedzi, pije i rozmawia.

Podsumowanie:
Tytuł:
Wielopole
Autor: Wojciech Klęczar
Wydawca: Wydawnictwo FORMA 2016
Moja ocena: 6+/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu FORMA.

Adrian Kyć

Related posts

2 thoughts on “„Wielopole” – Krakowskie peregrynacje nocą

  1. Barowość prozy oraz rozdziały tytułowane od zawodów przywiodły mi na myśl „Masakrę” Krzysztofa Vargi. Jest tam Warszawa miast Krakowa i wszystko koncentruje się raczej na protagoniście, ale i ciekawych (arche)typów napotkać można wielu.

    1. Adrian

      Obie książki zostały zresztą wydane w dość krótkim od siebie czasie. Dzięki za to skojarzenie, bo ja z Vargą wciąż tylko ze słyszenia. Jak widać, barowość (czy też „knajpianość”, której chciałem użyć, nim zorientowałem się, że za daleko poszedłbym w neologizację) sprzyja takim małym życiorysom, o połączonych z nimi wędrówkach po mieście nie wspominając.

Dodaj komentarz