You are here
Różne 

Szkoci to mistrzowie marketingu

destylarniaPodczas mojego pobytu w Szkocji doszedłem do jednego wniosku, poza stereotypowymi tekstami o Szkotach, że są skąpi i chodzą ciągle w kiltach, zdecydowanie należy o nich powiedzieć jeszcze jedno. Są absolutnymi geniuszami marketingu. Padnie zaraz pytanie „ale o co kaman”, czemuż to niby są tacy świetni w tej dziedzinie. Odpowiem jednym krótkim słowem WHISKY!

Co ma wspólnego whisky z marketingiem? Wyobraźcie sobie regionalny niezbyt przesadnie smaczny bimber, który w pewnym momencie historii miał szczęście i dostał szansę od losu. Jakaś larwa zeżarła winogrona, nie było czego chlać i szkocka whisky natychmiast wypełniła tak powstałą lukę. No dobra, ale przecież dobra passa powinna się skończyć jak wino i koniak wróciło. Otóż nie, Szkoci na tyle szybko obczaili jak promować swoją wódę, że jej popularność trwa do dziś. Dorobili całą historię do jej produkcji, sprzedają ludziom nie tyle produkt co całą filozofię i  jakieś opowieści o głowie, sercu i ogonie przy destylacji. Tak naprawdę chodzi o to, że część zbyt mocnego i zbyt słabego alkoholu wraca ponownie na początek procesu, ale tak przedstawione brzmi to o niebo lepiej. Potem dołożyli jakieś historie o leżakowaniu w beczkach i oddawaniu części trunku aniołom. Tak naprawdę chodzi o najzwyklejsze parowanie, ale czyż anielska jałmużna nie dodaje pewnego elitarnego sznytu? No i to poczucie ekskluzywności kiedy pijesz coś na czym pisze że czekało na ciebie 12 lat, nieważne, że tych beczek z dwunastoletnim trunkiem jest teraz w Szkocji setki tysięcy.

Żeby podsycać to zainteresowanie i zarabiać na czym się tylko da mądrale zrobili jeszcze spory biznes dookoła destylarni. W większości z nich, nawet w tych dużych i działających, uruchomili trasy dla zwiedzających. Idziesz sobie przez zakład i oglądasz jak fermentuje jęczmień, potem jak to wszystko dojrzewa, a na koniec możesz klepnąć alembik w którym powstaje produkt prawie finalny. Potem jeszcze jakiś fragmencik magazynu pełnego beczek i sklepik. A jak tu ze sklepu wyjść bez choćby jednej flaszeczki, szaliczka dla żony i przypinki dla dzieciaków? Oczywiście to wszystko sygnowane dyskretnym napisem związanym z destylarnią. Wyobrażacie sobie wycieczkę w polskiej fabryce Żubrówki, albo Żołądkowej gorzkiej? Ja nie bardzo, ale Szkoci wykombinowali, że można na tym zarobić. Ba można zarobić nawet więcej, bo do sklepiku można dołożyć kilka stolików i robić degustacje dla turystów, kręcimy biznes na całego.

To, że są nawet muzea tego trunku niespecjalnie mnie zaskoczyło, przecież na pewno muzeum Wyborowej też gdzieś w Polsce jest. Ale już zrobienie trasy po bednarni rozwaliło mnie na całego. Ci kolesie zarabiają na pokazywaniu ludziom jak przerabia się amerykańskie beczki z bourbona na szkockie beczki od whisky! To naprawdę genialny patent. Jest oczywiście też bajerancki sklepik z gadżetami zrobionymi z beczek, z beczek których już nie dało się użyć do produkcji alkoholu, nie zmarnuje się absolutnie nic.

Przyznajcie sami, że trudno wymyślić lepszy biznes. Samo-nakręcający się biznes, bo przecież po takiej wyprawie nie wyjedziesz ze Szkocji bez choćby jednej butelki brązowego trunku. To, że tak naprawdę te 12 lat może być ściemą, a napis our rarest whiskies może ukrywać wszystko to już zupełnie inna sprawa.

Pozdrawiam znad szklaneczki szkockiej, z lodem, bo innej się nie tknę i zapraszam do zerknięcia jak Panowie w kiltach nieźle to wykombinowali. Po kliknięciu zdjęcia się powiększą.

Ten tekst bierze udział w konkursie blog roku 2014 w kategorii tekst roku.

Related posts

8 thoughts on “Szkoci to mistrzowie marketingu

  1. A jest muzeum w Polsce. W Łańcucie ;) O ile mi wiadomo, to jedyne takie. Degustacja rosolisu pierwsza klasa! ;)

    1. Janek

      Dzięki za informację. I Ania pomiędzy rosolisem a whisky jednak jest pewna różnica, zwłaszcza smakowa. :)

      1. No, whisky u nas nie produkują, to i o degustację się człowiek nie doprosi ;) Coś musiałam napisać, żeby nie było, że tylko Szkoci na genialne pomysły wpadają ;) Zresztą, whisky czy rosolis – idea ta sama, a muzea ichnie i nasze podobne stosują chwyty. Tylko nasze na trochę mniejszą skalę ;)

  2. Ja tam wolę Jamesona (przede wszystkim w Irish Coffee) ;))
    A propos marketingu Irlandczycy też potrafią: http://www.guinness-storehouse.com/en/Inside.aspx

  3. Kilka miesięcy temu odkryłam whisky miodową i nie mogę się odczepić. Niebawem zostanę alkoholiczką, która musi strzelić dawkę co wieczór. W czym wydajnie pomaga mi Prezes codziennym: „to po jednym?”.

    1. Janek

      Miodowej nie piłem ;)

  4. Ale muzea piwa też są (a jaki biznes robi na tym Guinness), nawet w Polsce. Trzeba coś robić, żeby wypromować trunek, który smakuje jak ścierka…;)

    1. Janek

      Nie smakuje jak ścieżka tylko jak płyn do podłogi :D

Dodaj komentarz