You are here

Nepalskie dzieciaki są takie same

Tytuł: Mali książęta
Autor: Conor Grennan
Wydawca: Papierowy Księżyc
Do tramwaju: wszędzie
Ocena czytadłowa: 5/6
Ocena bezludnowyspowa: 5/6

Wpisów na blogu mało, bo w domu wszechogarniający remont, mnóstwo pyłu, hałas i generalnie brak warunków do czytania i pisania. Kiedy w piątek przyszedłem do domu w skrzynce czekała na mnie jednak miła niespodzianka. Wydawnictwo Papierowy Księżyc zdecydowało się zrealizować zapowiedź z Facebooka i przysłało mi książkę Mali książęta. Radość była tym większa, że to mój pierwszy otrzymany bezpośrednio od jakiegoś wydawnictwa egzemplarz recenzencki. Wcześniejsze trafiały dotąd do mnie za pośrednictwem jakiegoś portalu.
Zanim zasiadłem do czytania zapaliła mi się w głowie lampka. Co mam zrobić jeśli książka okaże się gniotem? Przecież blogerom otrzymujący egzemplarze recenzenckie regularnie zarzuca się podlizywanie wydawcy. Lekko obsypany remontowym pyłem zacząłem i wsiąknąłem. Nie jestem fanem reportaży, z literatury podróżniczej toleruję praktycznie tylko Cejrowskiego, ale mimo warunków panujących w domu po pierwszym dniu połowa książki była już za mną, a na dodatek wiedziałem że spokojnie będę mógł napisać obiektywną recenzję.

Opowiadana przez autora historia to relacja z jego pobytu w Nepalu. Zaczęło się dość zwyczajnie, szukając swojego miejsca w życiu zdecydował, że przed rozpoczęciem „osiadłego” i w pełni odpowiedzialnego życia wybierze się jeszcze w roczną podróż dookoła świata. Pierwszym etapem był trzymiesięczny pobyt w nepalskim domu dziecka jako wolontariusz ( jest się czym pochwalić znajomym :) ). Conor po krótkim szkoleniu trafił do znajdującego się pod Katmandu domu dziecka gdzie we współpracy z kilkoma innymi wolontariuszami opiekował się dziećmi z odległego, praktycznie odciętego od świata nepalskiego regionu Humla. Pierwsze dni były bardzo trudne i nic nie wskazywało na to, że jego związek z tymi ubogimi chłopcami i dziewczynkami stanie się później jego sposobem na życie. Powoli pojawiały się między nimi więzi, coraz lepiej rozumiał tych malych psotników, ale dopiero po jakimś czasie miało miejsce wydażenie które zupełnie wywróciło jego dotychczasowe życiowe plany.

Conor odnalazł siedmioro dzieci zostawionych przez handlarza pod opieką pewnej kobiety, to była grupa którą nie zajmował się praktycznie nikt. Udało mu się zorganizować dla nich miejsce w zaprzyjaźnionej fundacji jednak po jego wyjeździe dzieci zniknęły. Cała siódemka została zabrana przez „właściciela” i to ten moment okazał się zwrotem w życiu autora który zdecydował się na założenie własnej fundacji NGN i pracę w Nepalu na „cały etat”.
To tylko zarys historii która w rzeczywistości jest o wiele bogatsza. Mimo tego że książka jest napisana w bardzo prosty sposób to historia dzieciaków z Nepalu budzi zainteresowanie czytelnika, wzrusza i powoduje mnóstwo emocji. Może przede wszystkim dlatego, że autor nie stara się grać na naszych uczuciach i silić na jakieś infantylne zagrania. Opowiada ciekawą historię bez upiększeń, pisze wprost o trudnych sprawach, bez owijania w bawełnę i zmyślania, a w efekcie dostajemy piekielnie interesującą i wzruszającą opowieść. 
Książka pokazuje jak trudna sytuacja panuje/panowała w Nepalu i do tego daje sporo do myślenia. Mamy naprawdę sporo szczęścia, że urodziliśmy się tu, w Europie. Na pewno wielu ludzi w Polsce ma ogromne problemy związane z ubóstwem, ale podejrzewam, że nie są to sytuacje aż tak ekstremalne i na tak ogromną skalę. 
Moim zdaniem należy także zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. W książce pojawia się określenie handlarz dziećmi, tak naprawdę trochę mylące. Człowiek który stoi za całym procederem handlu dziećmi bierze pieniądze dwa razy. Najpierw od rodziców obiecując że ich dzieci będą miały dobrą opiekę i zbędą wykształcenie, a potem od ludzi którzy wykorzystują je jako tanią siłę roboczą. Oczywiście od razu w naszych głowach pojawia się pytanie o rodziców, czemu decydują się zapłacić za zabranie od nich dziecka. Trzeba pamiętać, że w Nepalu w okresie o którym pisze autor trwała wojna domowa i przekazanie dziecka człowiekowi, który obiecuje że będzie ono daleko od maoistycznej partyzantki, bezpieczne, a przy tym będzie miało zapewnioną przyszłość nie wydaje się takim kiepskim pomysłem.
Książka opowiadając interesującą historię nie próbuje bawić się w moralitet, przedstawia wzruszającą historię bez taniego efekciarstwa. Zdecydowanie polecam i przepraszam za odrobinę chaosu, ale ja naprawdę mam remont :)
Za przekazanie egzemplarza ksiązki dziękuję wydawnictwu:

PAPIEROWY KSIĘŻYC

Related posts

6 thoughts on “Nepalskie dzieciaki są takie same

  1. Wczoraj przeczytałam równie przychylną recenzję tej książki i teraz to już serio zaczęłam się nią interesować. Fabuła przypomina mi „Uśmiechy Bombaju” Jaume Sanllorente, którą to książkę mogę Ci z czystym sumieniem polecić :) Btw. powodzenia przy remoncie!

    1. Remont zmierza ku końcowi, dzięki za wsparcie. Książka jest naprawdę znakomita, w prosty sposób mówi o ważnych sprawach.

  2. Viv

    Pożyczysz kiedyś? :) Ja też mam zawsze takie dylematy, o jakich piszesz, kiedy dostaję książkę do recenzji – z jednej strony głupio by mi było napisać, że niefajne, ale z drugiej – nie chcę stracić zaufania tych, co wchodzą i czytają te moje mądrości. Dlatego jak już coś biorę, to coś co na pewno mi się spodoba, albo i tak bym pewnie kupiła.

    1. Jeśli tylko nie będzie Ci przeszkadzała biała okładka to nie ma najmniejszego problemu z pożyczką :) Ja dostałem to o co prosiłem i podobało mi się bardzo :)

    2. Viv

      Nie ma znaczenia okładka w ogóle :) Ale z pożyczką poczekam, aż przeczytam dotychczasowe :)

  3. Ola

    Gratuluję egzemplarza recenzenckiego i nawiązanej współpracy. Książkę koniecznie przeczytam:)

Dodaj komentarz