You are here
Różne 

Współpraca = frustracja?

tramwaj1

Temat współpracy z wydawnictwami przewija się przez wiele blogów. Moje ostatnie doświadczenia skłoniły mnie do napisania (TADAM! piekło zamarzło) chyba pierwszej notki poradnikowej. Od razu na początku chciałem zaznaczyć, że jeśli ktoś zdecyduje się na komentarz w stylu, że mam „ból dupy” albo że kokietuję, to jego sprawa.

Piszesz bloga książkowego po coś. Spora grupa ludzi pisze dla siebie albo po to, żeby podzielić się z innymi swoimi przemyśleniami na temat przeczytanych książek i współprace wydawnicze są tylko dodatkiem. Jednak część blogerów od razu po założeniu bloga zakłada, że jest świetna i pisze do wydawnictw z prośbą o współpracę i to źli ludzie są, bo psują innym opinię. Nie czarujmy się, nawet Ci piszący dla siebie czasem chcieliby przeczytać coś ekstra, jakąś wymarzoną książkę dostać w swoje ręce przed premierą.

Co wtedy? Ano, trzeba napisać do wydawnictwa i wtedy może się pojawić frustracja. Piszesz pierwszego maila i nic, piszesz drugiego, głucha cisza. Olali, może spróbujemy gdzieś indziej. Piszesz, jest odpowiedź, że wyślą, super! Czekasz tydzień – nie ma nic, czekasz drugi i się przypominasz, a tu Pani, która Ci obiecała, jest poza biurem. Piszesz do trzeciego wydawnictwa, proszą o statystyki, sprawdzają notki, które napisałeś o ich książkach i cisza. Ale spokojnie, to jest dopiero preludium do budowania poczucia twojej słabości, spotka Cię jeszcze kilka innych ciekawych przygód z wydawcami. Jesteś w niebie – przyszła książka, o którą prosiłeś. O, ale co to, poza nią przyszła jeszcze jedna. Kiepska, nie z twojej bajki, z jakiegoś powodu wydawca naciska, żeby o niej szybko napisać, a to historia od czapy. Co wtedy? Zamiast wymarzonej wyproszonej papierowej książki dostajesz e-booka, niby spoko, ale co zrobić, kiedy jest to format, który nie nadaje się do czytania na żadnym posiadanym przez Ciebie urządzeniu? Nawiązałeś współpracę ze znakomitym wydawnictwem, ale po restrukturyzacji zmieniła się osoba do kontaktu i zasady współpracy, teraz musisz się rejestrować na jakimś dziwnym portalu, na którym aktywacja konta trwa w nieskończoność,  i prosić o przekazanie do recenzji ELEKTRONICZNEJ wersji książki. Wygląda nawet spoko, tylko co, jeśli zatwierdzenie twojej prośby potrafi trwać nawet dwa, trzy miesiące? Czemu nie zatwierdzają, przecież już z nimi współpracowałeś i byli zadowoleni.

Frustracja robi się gigantyczna, no bo wychodzi na to, że jesteś tak do dupy, że wydawcy zupełnie nie chcą z tobą współpracować. Myślałeś, że jest ok, ale najpewniej piszesz tylko dla swoich znajomych, a teksty masz słabe. Wiesz, że ludzie do których piszesz są bardzo zajęci i pewnie dostają fury takich próśb, więc może w tym tkwi problem, ale coraz częściej wydaje Ci się, że jesteś totalnym beztalenciem. Co zrobić? Ja za wiele nie pomogę, bo zgodnie z definicją Kominka, dupa ze mnie nie bloger, ALE sugerowałbym następujące działania. Po pierwsze przeczytaj znakomity tekst Zmemłanych 40 sposobów na gorsze życie, po drugie obejrzyj webinar Andrzeja Tucholskiego Jak SKUTECZNIE blogować o KULTURZE, po trzecie zastanów się, czy współprace są Ci potrzebne do czegokolwiek. Wiadomo, dostajesz darmowe książki, ale może się okazać, że wydawca oczekuje od Ciebie OKREŚLONEJ recenzji, i co wtedy? Jeśli specjalnie Ci na czymś zależy, a wydawnictwo Cię olało, popytaj znajomych blogerów, spora część z nich pozbywa się przeczytanych książek i najpewniej będzie skłonna sprzedać tytuł, na którym Ci zależy za psie pieniądze albo nawet za pokrycie kosztów przesyłki. Wiadomo, będziesz miał książkę później, ale jednak będzie twoja. Pamiętaj też, że poza wydawnictwami istnieje sporo stron, które poszukują współpracowników, więc można także próbować swoich sił u nich.

Najważniejsze jednak jest to, żeby nie przestawać blogować, jeśli masz z tego frajdę, nawet jeśli czyta Cię tylko mama i dwie koleżanki siostry, nie warto się przejmować. I nie warto przesadnie się dopominać, bo i tak mamy już łatkę roszczeniowych i oczekujących za wiele :)

Related posts

42 thoughts on “Współpraca = frustracja?

  1. Prześwietny tekst i jaki pozytywny (czy mogę wrzucić jutro link do siebie na Facebooku?) :) Zgadzam się z Tobą w 100%. Pisanie o książkach daje sporo frajdy z samego pisania – nawet bez tabunów czytelników, nawet bez żadnej współpracy to po prostu jest świetna zabawa – przynajmniej ja to tak postrzegam. Co do samej współpracy, to ja to u siebie na blogu nazywam kontaktem recenzenckim, bo współpraca to za dużo powiedziane. Jak mi się coś podoba, to piszę maila o konkretną książkę do recenzji i jak do tej pory natrafiłam na same przefajne, sympatyczne kontakty (Karakter, Officyna i Wiatr Od Morza), które bubla mi nie wciskają, co więcej nawet nie mają takowego w swojej ofercie :D No ale wielu blogerów po prostu czuje, że musi się dobijać, musi mieć tu i teraz całe stosy najnowszych pozycji, nawet jak ich teksty nie mają wartości odżywczych. No to ich sprawa. A co do współpracy z portalami, to polecam Gildię – sympatyczne towarzystwo, możliwość recenzowania doskonałych tytułów. A polecam w doświadczenia, bo ponad rok z nimi spędziłam i był to godny rok :)

    1. Janek

      Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu, zapraszam serdecznie do dzielenia się nim.
      Współpraca potrafi popsuć frajdę z czytania, bo zdarza się, że czytasz na siłę, a przeczytać trzeba. Wiadomo,że jest mnóstwo wydawnictw z którymi kontakt jest dobry, albo czasem lepszy, czasem gorszy. Ja mam dobre doświadczenia z Otwartym, Literackim, czy Naszą Księgarnią, ale najważniejsze w tym tekście jest to, że nawet jeśli nie odpisują, to nie należy popadać w czarną rozpacz ;)

      1. Dokładnie – pisać, bo się lubi czytać po prostu i nie opierać swojej pasji na współpracach jedynie, bo to nie ma sensu :)

  2. Jest w tym sporo racji! Jednak tak jest nie tylko z wydawnictwami. Napiszę tak zupełnie innej beczki… Ostatnio udało mi się zdobyć w konkursie stanowisko testerki kosmetyków. Układ prosty – wysyłają mi paczuszkę, a moim zadaniem jest zrecenzować jej zawartość. Łzy szczęścia na myśl o darmowych kosmetykach (jestem tylko kobietą!), jednak to tylko tak pięknie wygląda z boku. Dostałam bowiem informację, że po otrzymaniu przesyłki mam 14 dni na stworzenie recenzji dziesięciu kosmetyków. Nie fair, prawda? Nie byłoby tak źle, gdyby to były produkty, o których wypowiedzieć możemy się po 2-3 dniach, gdy czytam jednak na etykietce ‚efekty zauważalne po miesiącu stosowania’, to rozkładam ręce w bezradności. Ciekawa też jestem jak przetestować krem 30+, który nie jest zupełnie dla mnie…

    Według mnie wszystko ma swoje dobre i złe strony. Sama kiedyś chciałabym rozpocząć współpracę z jakimś wydawnictwem, ale jestem gotowa na to, że raz dostanę to co mi się marzy, a w innym miesiącu przecierpię czytanie czegoś, co nie jest w moim guście. Kwestia też w tym, że najpierw trzeba uwierzyć w siebie i być pewnym, że ma się z czym wyjść do ludzi.

    1. Janek

      Przyznam bezczelnie, że miło słyszeć, że niektóre sprawy są powtarzalne także w innych branżach. Wiadomo, że sporo winy leży po stronie blogerów zalewających wydawnictwa/ firmy odzieżowe/ kosmetyczne itp. swoimi mailami, pracujący tam to zajęci ludzie. Nawet jestem w stanie się pogodzić z tym, że nie mają czasu na mail pod tytułem nie jesteśmy zainteresowani.
      Ale w tym tekście chodzi o coś innego, o to, żeby się nie zniechęcać jeśli lubisz to robić, najwyżej będzie Cię czytała jedna znajoma i kolega ciotki.
      A co do tego, czy ma się z czym wyjść do ludzi, to trzeba spróbować :)

      1. Uważam dokładnie tak samo :) Kiedyś się przecież uda, ale nie można o tym marzyć, jeśli człowiek się nie stara i nie próbuje. Czasami lepiej mieć tych kilku wiernych czytelników jak znajoma i kolega ciotki, niż rzesze ludzi, którzy tak naprawdę nawet nie wiedzą o czym piszemy.

  3. Przyznam szczerze, że sama jakiś rok temu potwornie się zniechęciłam – ot, niewiele wyświetleń, gdzieniegdzie jeden, góra dwa zabłąkane komentarze pod recenzją. Jednakże w końcu powiedziałam: „O nie! Tak to się skończyć nie może, przecież lubię blogować!”. Wzięłam się za siebie, popracowałam nieco nad swoim warsztatem i teraz, dokładnie od pół roku, jestem z dziewczynami z Naszego Książkowiru, a co więcej – dostaję od wymarzonego wydawnictwa książki do recenzji! Masz rację, że darmowe książki nie są konieczne do „blogowego szczęścia”, ale jeśli ktoś nie może pozwolić sobie na ich zakup, a otrzymuje te, o których marzy, to naprawdę ma się z tego dużo radości i satysfakcji! ;)

    1. Janek

      Są fajnym bonusem, ale nie należy popadać w depresję jak ich nie ma :)

  4. martucha180

    Frajdę mam z prowadzenia bloga :) I to dla mnie najważniejsze!

    1. Janek

      To jest podstawa, pisanie tekstów z musu nie jest fajne, miałem tak w ubiegłym roku, zafiksowałem się na słupkach odwiedzin i było mocno tak sobie :/

  5. Dlatego wielu blogerów książkowych po kilkunastu miesiącach, albo kilku latach rezygnuje ze współpracy barterowej. Woli pisać o książkach, które kupi lub pożyczy z biblioteki, albo po prostu zarobić na prowadzeniu bloga i wtedy połączy pasję z możliwością współpracy z wydawnictwem X, a i jeszcze zarobi na wymarzony tytuł z wydawnictwa Y:)

    1. Janek

      Na zarabianie to ja za malutki jestem, a chętnie bym kupił jakieś komiksy bo tego mi brakuje. Mieszkanie Krakowie ma dodatkową zaletę, że u nas naprawdę jest od kogo pożyczać, a dziewczyny na spotkaniach zawsze są przemiłe :D

  6. Bloga założyłam trzy i pół roku temu (łomatko, ale ten czas zaiwania…) – wtedy był jakiś wysyp blogerów, którzy „na dzień dobry” pisali gdzie sie dało z propozycją współpracy. Wywołało to (bardzo słuszne zresztą) głosy oburzenia ze strony tych, którzy byli już od dłuższego czasu „w branży” i ci nowi zwyczajnie psuli im markę. Pamiętam jakim szokiem dla mnie była propozycja współpracy od Znaku littera nova, gdzieś tak po pół roku blogowania. Działało to prawie rok, później zmieniła sie tam osoba od kontaktów i współpraca zmarła śmiercią naturalną – tzn. oni mnie chyba gdzieś zagubili a ja stwierdziłam, że narzucać się nie będę. Później jeszcze był Świat Książki,Telbit i Pascal, ale też krótko.
    Na dzień dzisiejszy na stałe współpracuję z księgarnią Gandalf (znów propozycja padła z ich strony) i jest to o tyle fajne, że mogę wybrać książki z przeróżnych wydawnictw. I oczywiście te, które w jakiś sposó mnie zaciekawiły. Poza tym od czasu do czasu ktoś tam do mnie napisze przy okazji jakiejś konkretnej książki i jak mi pasi to biorę jak nie to nie…
    Ach, byłabym zapomniała – „Czarna Owca” (czyli Agnieszka nasza kochana), Znak (chyba mnie znaleźli w bazie danych), PWN i Replika przysyłają co miesiąc propozycje. Ale musu nie ma…
    Wydaje mi się, że taka współpraca to raj dla blogera, który ma rodzinę, pracę i nie zawsze jest czasowy.

    Co mnie zawsze raziło w opowieściach blogerów o współpracy to wymagania wydawnictw, żeby pisać dobrze o ich książkach. I że niektórzy tak robią… To jakby sie sprzedać za te 30-40 PLN. Tanio trochę… I obligatoryjne terminy – rozumiem, że wydawcy zależy żeby opinia (najlepiej pochwalna) pojawiła sie jak najszybciej, ale z drugiej strony bloger też człowiek. I to najczęściej pasjonat, który na życie zarabia całkiem czym innym.

    Ale sie rozpisałam… Kończąc zgadzam się w 100% z ostatnim akapitem – blog to ma być frajda i będę go prowadzić chociażby tylko dla siebie samej :)

    1. Janek

      Ania niby nacisków nie było, ale po niepochlebnych opiniach dwa wydawnictwa o mnie „zapomniały” i przestały wysyłać propozycje, tak jakoś dziwnie to wyszło jak dla mnie. A co do tego że dostałaś propozycje to jakoś mnie to nie zaskakuje, w końcu piszesz jedne z najlepszych tekstów na jakie trafiam w sieci, I proszę mi tu nie gadać, że to nieprawda ;)
      Na pewno pojawią się myśli, że jak komuś nie zależy na współpracy to ma na tym punkcie przysłowiowy „ból dupy” i po prostu nie ma propozycji, ale przecież tak naprawdę chodzi o frajdę piszącego i przyjemność dla czytających, no nie?

  7. Skłamałabym, gdybym napisała, że nigdy nie poczułam ukłucia brzydkiego uczucia na „z”, na widok przedpremierowego, recenzyjnego, parzącego w oczy swoją nowością egzemplarza na cudzych blogach. Wtedy z tęsknym rozmarzeniem myślę, że też bym tak chciała. Na szczęście trwa to krótko i nie powtarza się zbyt często. Przeraża mnie świadomość, że musiałabym przeczytać coś na czas i jeszcze to opisać. I mam świadomość, że mistrzynią pióra/klawiatury nie jestem – skrzynki wydawców są bezpieczne. ;)
    Pisanie bloga, którego czyta najbliższa rodzina, koleżanka i kolega siostry też daje dużo satysfakcji. Znalezienie jakiejś ciekawej przykurzonej książki na półkach bibliotecznych też ma swój urok. I to uczucie niezależności!
    Jako czytelnik blogów, bywam zmęczona zalewem recenzji samych nowości, czasami jednym i tym samym tytułem. Brakuje mi opinii na zasadzie „świetną książkę przeczytałem/am” i chcę się tym podzielić, a która nie jest narzędziem marketingowym i wynikiem zobowiązania. Ale rozumiem, że nowości kuszą, co sprawia, że tak dużo osób współpracuje z wydawnictwami.

    1. Janek

      Dostanie czegoś przed premierą to ogromna frajda, ale masz sporo racji jeśli chodzi o starsze tytuły. Przykładem tego, że i po nie warto sięgać są notki Secrusa z naszego bloga i blog Zacofanego w lekturze, obaj świetnie piszą o starszych tytułach.
      A co do skrzynek wydawców nie zarzekaj się :)

  8. Masz rację. Najważniejsze jest prowadzić bloga z sercem, z drugiej strony fajnie jest zarobić dzięki temu parę groszy. Niektórzy moim zdaniem jednak przesadzają i zakładają blogi tylko i wyłącznie po to by zgarnąć darmowe rzeczy od firm. Najbardziej daje mi się to we znaki, gdy szukam czegoś wartościowego do przeczytania z kategorii lifestylu. Najpierw muszę przebić się przez tumany wpisów o kosmetykach, a potem przez pustynię tekstów o modzie – dopiero wtedy trafiam na oazę, w której znajdę coś wartościowego.

    Pozdrawiam :)

    1. Janek

      Na polu książkowym z pewnością jest kilka maszynek do recenzowania i słupów ogłoszeniowych, ale pozwolisz, że nie wymienię ich z nazwy. Na szczęście książki nie są AŻ tak atrakcyjne dla przeciętnego Polaka jak inne dziedziny i ZDECYDOWANIE więcej jest tekstów w tej dziedzinie, które obyły się bez nacisków.

  9. Znasz mnie (przynajmniej mam taką nadzieję ;) ), wiesz, że od dawna współpracuję z przeróżnymi Wydawnictwami, portalami, czy agencjami zajmującymi się promocją. Od kiedy założyłam swojego bloga, aż do dziś spotkało mnie wiele przeróżnych sytuacji – nawet większość z tego, o czym napisałeś w swoim poście. I nie zaprzeczę, to potrafi człowieka frustrować. Zwłaszcza akcja, kiedy dostajesz książkę do recenzji, piszesz o niej szczerą opinię odnośnie tego, że ci się nie podobała i wystawiasz jedną z najniższych na blogu ocen, w zamian za co wydawnictwo z miejsca urywa z tobą kontakt i udaje, że cię w ogóle nie zna. Przykre, bo przykre – nieprofesjonalne podejście do blogera, bo inaczej tego nazwać nie potrafię. Jednakże wszystkie te niezbyt przyjemne sytuacje na całe szczęście nie na długo wyprowadzają mnie z równowagi. Prędzej było inaczej, potrafiłam się przejąć, wziąć to jakoś bardziej do serca i najzwyczajniej w świecie, tak jak napisałeś, uznać, że widocznie nie potrafię pisać itd. Dziś już się tym zupełnie nie przejmuję. Mówiąc brzydko – wisi mi. Cieszę się ze współprac, cieszę się z otrzymywanych książek, cieszę się z możliwości czytania przedpremierowo. Jednakże jeśli ktoś nagle o mnie zapomni, współpraca umrze śmiercią naturalną (bądź i z innego powodu), to trudno. Przestałąm przejmować się terminami, o czym jasno daję do zrozumienia wydawcom – a oni to szanują. Czytam, kiedy chcę, piszę, kiedy chcę – bez nagonki nad głową. A jeśli zdarzają mi się niezapowiedziane przesyłki, o które nie prosiłam, uznaję je za miły prezent i dziękuję za nie tym, którzy go do mnie przysłali – od razu zaznaczając, że nie mają się spodziewać, iż będę to recenzować. I da się? Oczywiście, że się da. Podchodzę do współprac poważnie, czytam, staram się pisać najlepiej jak potrafię – i to jest doceniane. Dopiero taka forma współpracy potrafi cieszyć :)

    1. Janek

      Znasz, trudno nie znać kogoś kto ma największe czytelnicze wyzwanie w zakresie fantastyki :)
      Tekst miał za zadanie podnieść na duchu tych którzy piszą z sercem, ale nie wychodzi im współpracowanie z wydawcami. Rzecz niezaprzeczalnie świetna, ale czasem zabijająca frajdę

      1. Oj tam od razu największe czytelnicze wyzwanie w zakresie fantastyki :) Ja tego jakoś tak nie widzę :) Jest tyle wyzwań w sieci, że czasem ich nie ogarniam :P U mnie po prostu nie ma sprecyzowanego podgatunku – tak jak np w wyzwaniu dystopijnym, urban fantasy, czy takim, gdzie pojawiają się zombie w powieściach. Dlatego też więcej osób może przyłączyć się do mnie, bo większości bardziej takie wyzwanie pasuje :)

  10. Bardzo fajny tekst.:)

    Na początku wydawało mi się, ze nie ma sensu pisać do wydawnictw – w końcu jeśli ktoś jest wystarczająco dobry, to wydawca sam do niego napisze, prawda? Trzeba było sporo czasu, żeby do mnie dotarło, że skrzynki wydawnictw zalewają codziennie dziesiątki maili,więc nie ma potrzeby szukać blogów do reklamy, nawet tych dobrych. To był też czas, w którym pracowałam z kilkoma portalami, więc mimo braku własnych dochodów i maili od wydawnictw, nie narzekałam na brak książek. Zachłystywałam się nimi.

    A teraz mi przeszło. Nie zależy mi już na wypełnieniu zakładki współpraca kilkunastoma logami (nie mam też czasu na czytanie takiej ilości książek jak kiedyś, więc staranniej je sobie selekcjonuję). Jeśli spodoba mi się jakaś książka, piszę do wydawnictwa. Nie mam złudzeń, że dla większości z nich blogerzy są darmową siłą roboczą, której rzuca się ochłapy za ich, było nie było, pracę. A skoro nie ma w tej relacji szacunku ze strony wydawców, to i nie ma sensu zasłaniać się godnością czy czymś, więc nie jest mi głupio dopraszać się o książkę (zazwyczaj piszę i tak najwyżej dwa maile, więcej nie ma sensu). Przyślą – fajnie, zaoszczędzę. Nie przyślą – kupię sobie. (Teraz mam już własny dochód, więc mogę. Gorzej z młodymi blogerami, którzy jeszcze nie pracują).

    1. Janek

      Dzięki :) !

      Wydawca? Znajdzie? Ależ żartobliwy miałaś wtedy nastrój jak to wymyśliłaś :)
      Najlepsze w tym wszystkim jest to, co piszesz na końcu, jak nie przyślą to kupię ( ostatnio zrobił mi to MAG ;) ). Szkoda tylko, że nie działa to z komiksami, są za drogie :/

      1. Młoda byłam, świata nie znałam, takie żarty się mnie trzymały.;) Teraz bardziej mnie dziwi to, że jednak czasem ktoś pisał.
        Ostatnio przeżyłam niewąski szok, zderzając się z cenami komiksów (wcześniej miałam styczność tylko z mangami, a te mają ceny całkiem rozsądne). Więc chyba sobie tego „Betelgaze” nie kupię.:(

        1. Janek

          Pisałem do Egmontu i kilka komiksów od nich dostałem, ale o tych droższych można tylko pomarzyć. A do tego dołożyć trzeba genialne tytuły z Taurus Media i bardzo ciekawe z Muchy, niestety na większość mnie nie stać. Idzie się pociąć

  11. Viv

    Ja na szczęście mam tak niewiele współprac, że wiele opisanych powyżej problemów mnie omija, jednak nie sposób odmówić, ci, Oisaju, racji zawartej w ww tekście… Dobrze prawisz, osoby które po dwóch dniach blogowania już mailują do czarnej owcy, Czarnego, Zysku i dajmy na to, do Literackiego, w dodatku z roszczeniową postawą, z błędami ortograficznymi, z uzasadnieniem prośby w stylu „bo chcę”, jeżeli w ogóle jakieś uzasadnienie jest, powodują, że taki bloger dwu, trzy letni, z tą setką czytelników, który od czasu do czasu coś chce dostać, jest automatem często traktowany jak żebrak. I trudno się tu dziwić wydawcom, że coraz mniej chętnie współpracują, no bo z czym do czego… Ale z drugiej strony – kiedy na tle tych setek krótkich, niegrzecznych, niepoprawnych stylistycznie maili zabłyśnie się kulturą osobistą „Szanowni Państwo” „czy mogę prosić” „będę wdzięczna” i poprze swoją prośbę choćby linkami do recenzji już zamieszczonych (jeśli się pisze do znanego Wydawcy, to prawdopodobieństwo, że już się coś od nich czytało i recenzowało, jest spore), to większa jest szansa na to, że zostanie się nagrodzonym. Jakoś nie mam problemu z tym, że na odpowiedź muszę czasem czekać kilka dni (nie zdarzyło mi się chyba, żeby odpowiedzi nie dostała), w końcu to ja o coś proszę, ja wychodzę z inicjatywą, więc nie oczekuję, że ktoś po drugiej stronie czeka tylko, żeby w czasie rzeczywistym móc mi odpisać. O wiele bardziej z resztą cenię sobie te współprace, które zostały ze mną nawiązane z inicjatywy drugiej strony – wtedy to ja jestem o coś proszona, a poza tym jest to jakiś wyraz popularności i wielki komplement.
    Problemem dla mnie są za to recenzje, gdy książka mi się nie podobała, bo laurki na pewno nie dam, ale i zjechać trochę głupio. Jedyne, co mogę zaproponować, i co u mnie do tej pory sprawdza się w stu procentach, to uważne dobieranie książek do recenzji: tylko to, co z duża dozą prawdopodobieństwa mi się spodoba, żadnych eksperymentów z nową formą, obcym tematem, gatunkiem, który do tej pory omijałam z daleka. Na eksperymenty są biblioteki i księgarnie. Viv, Krakowskie Czytanie, Małopolska.

    1. Janek

      Viv, szczerze powiem, że z tobą to mam problem. Ktoś piszący tak dobrze, jak Ty mógłby mieć pierdziriald współprac, tylko chyba czasem Ci się nie chce :)

      1. Viv

        Janku, nie czasem, w ogóle mi się nie chce. Nie chce mi się w to bawić, nie chcę mieć miecza Damoklesa wiszącego nade mną dzień w dzień, nie chcę się schizować niepotrzebnie. Od czasu do czasu coś tak od kogoś dostanę, o coś czasem poproszę, na moich warunkach. :) Ale dzięki, wpiszę sobie powyższy komentarz do „Księgi komplementów, pozdrowień i pobożnych życzeń” :D

  12. Ann

    Właśnie rozpoczęłam spamować najróżniejszym wydawnictwom prośbą o współpracę i jest to naprawdę ciężki kawałek chleba. Frustracja niesamowita, a okres oczekiwania na odpowiedź (jeśli ktoś będzie w ogóle łaskaw odpowiedzieć) jest strasznie męczący. Na szczęście nie jestem uzależniona od tego czy mi jakieś książki, ktoś wyśle. Sama inwestuję w swój księgozbiór, bo czytanie to mój nałóg i później piszę recenzje, bo to lubię. Jestem jednak pewna, że gdyby wydawnictwo wymagało tylko pozytywnych opinii na temat jego książek – podziękowałabym. Nie ma mowy, abym zaprzedała swoją niezależność, wolność słowa i dumę. Poradzę sobie sama.

    1. Janek

      Dlatego umieściłem w tekście link do webinarium Andrzeja Tucholskiego. To chłopak który prowadzi prawdopodobnie największego bloga o kulturze w Polsce. W filmie jest kilka sensownych podpowiedzi na temat tego jak pisać takie zapytania.

      1. Ann

        Jestem wdzięczna, chętnie się zapoznam. :)

  13. Już jakiś czas temu zrezygnowałam z barterowych współprac, więc aż się nadziwić nie mogę, że teraz wydawnictwa dają ebooki. Przecież to śmieszne! Musisz mi wybaczyć, ale muszę w tym momencie urwać swój komentarz, jeśli ma on pozostać cenzuralny. W końcu różowej blogerce nie wypada rzucać mięsem na lewo i prawo :P
    A całkiem poważnie pisząc, zastanów się czy nie będzie dla Ciebie lepiej, przejść na płatną formę. Role się wtedy całkowicie odwracają ;)

    1. Janek

      Widzę że różową blogerkę dziś na żarty ze starszego kolegi wzięło :) Tramwaj i płatna forma?

      1. Dlaczego nie? Trzeba się cenić. Zakłada, że statystyki nie są najgorsze, jak na książkową niszę. Zaangażowani czytelnicy są, a i takie wyróżnienie, jakim była ebuka nie zaszkodzi. Tramwaje za darmo też nie jeżdżą ;)

        1. Janek

          Zależy jakie statystyki brać pod uwagę, nie wiem czemu, ale te bloggera od Google Analytics znacząco się różnią :)

  14. Andrzej Tucholski nic nowego nie poradził blogerom książkowym, (bo o takich mówimy) prócz tego, by pisali bardziej na luzie i nie pisali jak naukowe sztywniaki ;D Ogólna zasada jest taka, że po około 3 miesiącach można się zacząć rozglądać na współpracą o pisać do różnych wydawnictw, chyba że piszesz jak natchniony, a każdy Twój tekst jest wyśmienity – wtedy sami się zgłoszą ;P Bez sensu jest również współpracować z kim popadnie – jeśli ktoś nie lubi fantastyki to po co pisze do MAGa? A nie takie sytuacje widziałem ;p

    1. Janek

      Mag’a akurat nie am co wywoływać do tablicy, z nimi nie jest źle.
      A jak pokazuje doświadczenie tych natchnionych za wielu nie ma ;)

  15. Przeczytałam, owszem, dobrze piszesz. Ale jakoś nic dla siebie nie wyniosłam, pewnie dlatego, że jestem na tym samym etapie. Pisałam, niektórzy odpisali, jest fajnie. Parę książek dostałam, przeczytałam, opisałam. Teraz poluję na te tylko, które mnie naprawdę interesują.
    P.S. Komiksy, ha. No właśnie.

  16. I właśnie dlatego nie współpracuję z wydawnictwami – chyba mam słabą odporność na frustrację, a i nie mam takiego ciśnienia, by książki dostawać i je gromadzić. I tak nie mam miejsca, robi się potem problem, co robić z tymi stosami „makulatury”, a tak mogę czytać to, co chcę, kiedy chcę i pisać o książce jak chcę. I wcale nie przeszkadza mi czytanie książek z biblioteki. Owszem, podobnie jak Marjory czasem czuję ukłucie zazdrości, że ktoś już przeczytał książkę, której jeszcze nie wydano,i że ja będę musiała wydać na nią pieniądze, ale nie trwa na szczęście to zbyt długo. Jeśli już, to chciałabym współpracować z jakimiś małymi, niszowymi wydawnictwami, takimi jak Wiatr od morza, ale jak nie, to nie, łaski bez, i tak będę robić swoje, bo po prostu to lubię.

  17. Świetny post, naprawdę.
    Ja muszę się przyznać, że współpracuję z kilkoma (kilkunastoma?) wydawnictwami, ale na dość luźnych warunkach. Recenzuję tylko te książki, które chcę, a podstawową zasadą naszej współpracy jest umowa, że moje recenzje będą absolutnie subiektywne. Nigdy nie napisałam czegoś „pod dyktando”, coś takiego w ogóle nie godzi się osobie, która prowadzi stronę poświęconą kulturze. Jak niby miałabym zachęcić kogoś do książki, jeżeli mój czytelnik zauważy, że moje recenzje nie są subiektywne? Przestanie mi ufać. A to podstawowa rzecz, jaka musi zaistnieć w relacji blogger-czytelnik. Zaufanie właśnie :)

    Pozdrawiam,
    im-bookworm.pl

  18. Bardzo dobry tekst :) Faktycznie fajnie jest dostać książkę przed premierą, ale osoby, które jeszcze nie współpracowały z wydawnictwami ani portalami nie zdają sobie sprawy, że jest to też praca, są terminy, obowiązujące zasady i nie zawsze książka jest dobra do czytania. Najgorzej jest napisać krytyczną opinie ,ba trzeba się też liczyć z obraźliwymi komentarzami jeśli pisze się recenzje polskiego debiutanta. Koszmar. Ja współpracuje z kilkoma wydawnictwami od dawna i jestem zadowolona (za ogół), ale już nie staram się zbytnio o nowe współprace. Wolę czytać to co lubię z opóźnieniem, niż to co nie lubię, ale przed premierą. Niestety czasem do pewnych wniosków dochodzi się po czasie.

    1. Janek

      Powiem Ci, że ostatnio coraz częściej koszmarnie czyta mi się książki które MUSZĘ przeczytać. Przyłapałem się nawet na tym, że sprawdzam ile zajmuje mi przeczytanie w nich strony :)

Dodaj komentarz