You are here
Adrian (Secrus) Z zakurzonej półki 

[Z zakurzonej półki] Iść, ciągle iść…

wielki marszUstawiamy się na linii startowej w zbitej masie. Gromada zagubionych młodzieńców, zdeterminowanych by wygrać. Przed nami rozciąga się droga bez końca, w głowie narasta wątpliwość. Ciche pożegnanie z bliskimi, ostatni pocałunek dziewczyny, deficyt myśli. Wyruszamy stuosobową bandą – stykamy się ramionami, choć dzieli nas wszystko. Synowie Stanów Zjednoczonych Ameryki w corocznym Wielkim Marszu, każdy z własnym numerem, z zapasami na drogę i najważniejszą zasadą: co najmniej sześć kilometrów na godzinę bez przerwy, inaczej trzy upomnienia, a po nich czerwona kartka, czyli śmierć. Rozgłos jest ogromny, wędrówka długa, a jej ramy stanowi kres wytrzymałości. Rozpoczyna się Wielki Marsz…

Sporo  słyszałem o formule tego przedsięwzięcia. Samą koncepcją przypominało mi „Igrzyska śmierci” czy „Battle Royale” , ale podobieństwo tkwi jedynie w formie. Wizja świata, jaką przyjąłem podczas marszu, napawała obrzydzeniem do rzeczywistości, niebezpiecznie naruszała moralność, będąc jednocześnie czystą wiarygodnością. Zatopiłem się w tym wymiarze, tak innym od dotychczasowego, swobodnie przesuwającym granice wszystkiego, czego do tej pory nauczyło mnie życie. Stawiałem jedną nogę za drugą, zapominając o przeszłości, nie wierząc w przyszłość i umierając w teraźniejszości. Ameryka, przez którą przechodziliśmy, była zaledwie makietą podzieloną na stany, miasta i miasteczka, z ludźmi i ich codziennością, która nas już nie dotyczyła. Wszystko wokół stało się miejscami bijącymi zwyczajnością, pozostawionymi na uboczu – bo liczył się tylko marsz i to, jak wiele trudu nam przysporzy i jak wiele rozrywki zapewni skandującym widzom.

Ktoś mógłby zapytać, co ciekawego wynika z niezmiennej scenerii, horyzontalnego planu, na którym wszyscy tylko idą, aż zostanie jedyny. Sęk w tym, że każda z poznanych przeze mnie osób była inna, poznawanie ich psychiki wielopoziomowe, a nasze relacje mogłyby posłużyć za przedmiot badań socjologicznych. Maszerowała zgraja nastolatków, której różnorodność nie pozwalała wydawać jednoznacznych osądów. Każdy z chłopaków miał dwie powłoki: powierzchowną rolę, którą grał do wycieńczenia, i prawdziwy charakter, odkrywany przy bliższym kontakcie ze śmiercią. Największe emocje sprawiała ta nagła chwila, gdy wykreowana osobowość pryskała jak bańka pchnięta mocniejszym wiatrem. Marsz był walką na upomnienia, nerwówką, podczas której tworzyły się więzi, jakie nigdy nie powinny istnieć. Wam wyda się to głupie, ale potrzebowaliśmy bycia nierozgarniętymi dzieciakami tak samo, jak poczucia dorosłości. Może dlatego, gdy zaczynało brakować sił, gdy zmęczenie zagłuszało zmysły, trzeba było żartować, śmiać się, stwarzać normalność w chorym świecie przyjętym na własne życzenie. Chwilami było więc zabawnie. Czy to śmiech przez łzy? Być może, ale gdy ktoś soczyście pierdnął lub opowiedział sprośną historię sprzed lat, chcieliśmy zapomnieć o drodze i rechotaliśmy do skurczów brzucha, do zapomnienia się i zarobienia upomnienia, które znikało po godzinie równego marszu.

I właśnie tu muszę zaznaczyć, co zapamiętałem najbardziej. Naszą historię budowaliśmy małymi opowieściami, jak książkę o szkatułkowej kompozycji, przez słowa poznawaliśmy uczestników i ich historie. Gdy zapadaliśmy podczas marszu w półsen, także wspominaliśmy. Wielki Marsz nie był tylko tu i teraz, lecz trwał we wszystkich impulsach, które mniej lub bardziej pośrednio sprawiły, że znaleźliśmy się na prostej drodze do szybkiego końca. A gdy szliśmy już któryś dzień, coraz mniejszą grupą, nadal było podobnie. Widzowie zawiedliby się, gdyby oczekiwali czegoś skomplikowanego, fajerwerków na zakończenie, wielkiego boom w momencie kulminacyjnym. Tutaj trwał marsz, aż marsz się skończył. Szliśmy i upadaliśmy, kiedy został jeden, którego ciała nie zapakowali w plastikowy worek. I warto było to widzieć i analizować, bo nasze zmagania wiele mogły powiedzieć o szarej codzienności. Kto wie bowiem, kiedy i ona zapożyczy tę straszną wizję i ulepi z niej grunt pod przyszłe pokolenia?

Polecam w rytm tej nieszablonowej formy, bo to King, bo to jego wizja, a wizja ta powali na kolana zdystansowanego czytelnika, który powie przed sięgnięciem po książkę: co ciekawego w chodzeniu? Bardzo się przy tym pomyli :)

Podsumowanie:
Tytuł: Wielki Marsz
Autor: Richard Bachman (Stephen King)
Wydawca: Prószyński i S-ka 2003 (premiera: 1979)
Moja ocena: 8/10

Related posts

6 thoughts on “[Z zakurzonej półki] Iść, ciągle iść…

  1. […] Wielki Marsz Wizja świata, jaką przyjąłem podczas marszu, napawała obrzydzeniem do rzeczywistości, […]

  2. Ciacho

    Czytałem z uśmiechem na gębie i z pełnym zadowoleniem. :D Kto mnie zna, ten wie, że to moja ulubiona książka, i jedna z najlepszych, jakie przeczytałem. Cholera, pamiętam jak dziś, kiedy się za nią zabrałem i pochłonęła mnie doszczętnie. W zasadzie to przełamała pewną barierę, bo po niej czytanie stało się dla mnie nie tylko lekką i przyjemną rozrywką, ale zaczęło się z tego robić mega pasją. :) Pierwsza książka Kinga, jaką przeczytałem, i w sumie też chyba jedna z pierwszych opinii, o ile dobrze pamiętam:
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27816/wielki-marsz/opinia/895844#opinia895844
    Do dzisiaj poziomem zbliżył się do niej tylko „Zielona mila” i „Dallas ’63”.
    Jestem rad, że Tobie też się tak bardzo podobała. To znaczy, Secrus, że masz zajebisty gust. :D :D :D

    1. Ciacho

      Ja Ci podałem linka do LC, a na blogu też potem reckę umieściłem… :P
      http://swiat-bibliofila.blogspot.com/2014/12/wielki-marsz-stephen-king-recenzja.html

      1. Secrus

        Obu naszym gustom nie mam nic do zarzucenia :D Dobrze mieć taką książkę… bardzo dobrze, bo ona – tak jak mówisz – daje nowe możliwości, przełamuje pewną barierę. Wiem doskonale, czym jest dla Ciebie ta powieść, i cieszę się, że również mam jej podobne. Coraz trudniej o kolejne takie olśnienia, ale wierzę, że jeszcze kilka takich przede mną ;)

        1. Ciacho

          Ona nie jest specjalnie wybitna, wiele osób pewnie nazwie zwykłym czytadłem, ale dla mnie jest doskonała w każdym calu, od A do Z, mega działająca na emocje i chociaż nie wyszła spod pióra Dosojewskiego, spokojnie nazywam ją arcydziełem. :)

  3. […] się doszukać. Zbliżonych zabiegów opartych na grze z formą próbowałem m.in. w tekstach o Wielkim marszu, opowiadaniach Poego, Dziewczynie z sąsiedztwa i […]

Dodaj komentarz