You are here
Adrian (Secrus) Z zakurzonej półki 

[Z zakurzonej półki] „Portret Doriana Graya” – Chłopiec jak malowany…

wildeKażdy zna opowieści, które w niesamowity sposób przesiąkają umysły odbiorców, czyszczą ich zawartość i realizują cel, by nie dopuszczać do głowy innych obrazów, zanim nie sfinalizują wszystkich oferowanych wątków. Takie historie zazwyczaj opierają się na oryginalnym pomyśle gotowym wtargnąć do każdego zakamarka kultury przez wiele następnych lat. Nierzadko powstają liczne adaptacje i nawiązania w dziełach późniejszych twórców. Dzieje się tak dla przykładu, gdy wielki dramaturg napisze jedyną w swojej twórczości powieść i zechce ją okrasić kontrowersyjną jak na ówczesne czasy tematyką, wyszukanym moralizatorstwem oraz czymś, co jest w cenie od niepamiętnych czasów – inteligencją. „Portret Doriana Graya” i wszystko w okamgnieniu staje się klarowne.

Niebywale trudno pisać recenzję czegoś, co rzesza ludzi zna z własnego doświadczenia, a cała reszta choćby o tym słyszała lub kojarzy w formie po przemieleniu np. na potrzeby filmu. Pozytywne z kolei jest to, że nie trzeba streszczać zawiązania fabuły i można z marszu rzucić się w wir wrażeń, obszerny i bardzo dynamiczny. Oscar Wilde stworzył więc historię, która ani trochę nie ukrywa, że jest odzwierciedleniem sporej części jego poglądów, wykładanych na kartach powieści w sposób oczywisty i idealnie skrojony do cytowania. Używając gry słów: w sposób maksymalny, bo od maksym niebywale się w „Portrecie…” roi. Czyni to styl pisarstwa zupełnie oderwanym od współczesności, ale dzięki misternie poprowadzonej fabule i uczynieniu z jej intertekstualności wciągającego przebiegu akcji – powieść czytywana jest do dzisiaj z niesłabnącym zainteresowaniem. Być może to zasługa motywów, które intrygują od zawsze: fatalnego wpływu jednego człowieka na drugiego, tematyki sztuki ujętej w towarzystwie angielskiej arystokracji niestroniącej od uczt, dysput i wytwornych spotkań, wreszcie fantastycznych właściwości obrazu jako zwierciadła duszy, narzędzia zła. A może przyciąga kryminalna warstwa powieści, może dostrzegane od lat elementy homoseksualne, może zaś przesłanie – rzecz o naszych namiętnościach, traktat o sztuce czy też istota ludzkiego wnętrza?

Sukces opowieści o pięknym mężczyźnie chcącym za wszelką cenę zachować swą młodość tkwi w jej prawdziwości. Zapewne każdy z nas spotkał kogoś, kto mógłby kropka w kropkę reprezentować postawy bohaterów Wilde’a. Znamy cynicznych i w osobliwy sposób bezwzględnych inteligentów-demagogów, takich jak Henryk, kojarzymy ludzi uległych podobnym osobowościom, wiemy, czym odróżniają się od tłumu artyści zajęci realizacją swoich wizji. Istotne okazuje się w powieści podejście psychologiczne, lord Henryk analizuje Doriana, stwarza go, poddaje eksperymentom, a jednocześnie czerpie siły z jego oddania. Po czasie Dorian przejmuje mądre myśli Henryka, często tak nieżyciowe, tak irytujące poprzez wynoszenie ponad ogół inteligencji jako warstwy społecznej. Ze słów postaci da się wyodrębnić kult carpe diem, nieograniczony hedonizm, niebezpieczny nihilizm, postulaty sztuki dla sztuki, motyw sobowtóra i wiele więcej. Ponadto w swych skrystalizowanych cząstkach „Portret Doriana Graya” to pięknie mówiący o uczuciach romans (choć niepozbawiony mizoginizmu autora…), który bez skrupułów przeradza się w czerpiącą z elementów ekspresjonistycznych grozę. Ten uniwersalizm, o którym wspomniałem, nie tworzy się jednak w sposób na tyle radykalny, by odsuwać od siebie pewne grupy odbiorców. O nie, Oscar Wilde pisał tę powieść dla wszystkich bez wyjątku.

Lektura książki sprawia, że chce się analizować każdą z postaci i badać ich wpływ na siebie wzajemnie. „Portret Doriana Graya” jest złożoną konstrukcją, którą trudno wsadzić w jakiekolwiek ramy. To jednak, co zachwyca, może do pewnego stopnia zmęczyć i wtedy otrzymujemy pełny obraz labiryntu myślowego Wilde’a. Z jednej strony zachwycił mnie monolog lorda Henryka Wottona o młodości – takie przemyślenia mogą poruszać młode umysły, – zachowałem też w pamięci wiele aforyzmów, a umiejętność kształtowania atmosfery i przenoszenia jej z jednego bieguna na drugi nie da o sobie zapomnieć, jednak z czasem forma językowa wydaje się manieryczna i odrobinę przesadzona. Może się zdarzyć, że dostaniecie za dużo, niż chcielibyście otrzymać, a wtedy cała magia upowszechni się. Autor odkryje większość kart i okaże się być ironistą aż zbyt intensywnym, z cynizmem zbyt częstym i elokwencją wystawianą niemalże na pokaz, wręcz na siłę.  Nie nastąpi to prędzej niż w drugiej połowie książki, ale jednak. Tam z kolei, gdzie Wilde mógłby spuścić z tonu, poziom ponownie oszałamia – jest to zakończenie idealnie zwieńczające ten dziwny i niewątpliwie interesujący twór, który polecam jak każdą klasykę, ale tutaj dodatkowo: za szczelnie nałożoną maskę pozwalającą książce Wilde’a figurować w kategorii opowieści po prostu dobrych do czytania.

Żadna inna lektura nie nadawałaby się lepiej do tego, by między akapitami recenzji wpleść pięknie brzmiące cytaty. Ja jednak, jak na złość, uniknąłem tej tendencji, bo zapewne identyczne aforyzmy można przeczytać w co drugim tekście traktującym o „Portrecie…”. Wyłapałem wprawdzie perełki, których prędko nie zapomnę. Jedna z nich idealnie oddaje mój pogląd na literaturę, zwłaszcza tę kreśloną własnoręcznie: Nigdy nie walczę o czyny. Chodzi mi jedynie i wyłącznie o słowa. Dlatego nienawidzę brutalnego realizmu w literaturze. Kto łopatę nazywa łopatą, powinien zostać skazany na kopanie. To jedyne odpowiednie dlań zajęcie – cały Wotton, w swej bezpośredniości i przesadzie, a jednak z wdziękiem.  I jeszcze jedno, z samego początku książki, mówiące o tym, że „prawdziwa piękność kończy się tam, gdzie się zaczyna intelektualizm”. To jeszcze bardziej zajmujące, a przecież całą książkę od biedy można by było nazwać wielkim cytatem unurzanym w nurcie estetyzmu. To nic jednak, bo powieści Oscara Wilde’a jest pozycją obowiązkową, do nadrobienia w tempie natychmiastowym. Polecam :)

Podsumowanie:

Tytuł: Portret Doriana Graya
Autor: Oscar Wilde
Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy 1976 (premiera: 1891)
Moja ocena: 8/10

Related posts

11 thoughts on “[Z zakurzonej półki] „Portret Doriana Graya” – Chłopiec jak malowany…

  1. Oglądałam film, gdzie wszyscy byli zbulwersowani faktem, że Dorian był blondynem. Owszem film mi się spodobał, ale jakoś nie zachęcił do przeczytania książki. Mam na koncie kilka filmów, które chciałam poznać bardziej szczegółowo. Ten taki nie był.ładne słówka i niezbyt wyszukana fabuła… nie raczej nie. Poprzestanę na filmie :)

    1. Secrus

      Film jest ponoć fatalny i nie spotkałem się jeszcze z pozytywną opinią na jego temat osoby, która przeczytała wcześniej książkę. Bo rozumiem, że masz na myśli ekranizację z 2009 roku ;)
      Niektórych książek nie powinno się przekładać na język filmu, podobno w adaptacji Parkera jak nigdzie widać przerost formy nad treścią – podobno, bo boję się go nawet włączyć. Choć jestem przekonany, że nie zepsuje mi wrażeń z książki, to prawdopodobnie będzie po prostu stratą czasu.
      A więc polecam mimo to przeczytać, niektóre tytuły warto znać :)

      1. W ekranizacji z 2009 roku Gray nie jest blondynem, więc raczej o inną chodzi. ;) Ale film Parkera jest ciekawą adaptacją, jednak strona wizualna mnie raziła, zbyt komputerowa, co gryzie się z XIX-wieczną aurą.

        1. Secrus

          A Larze nie chodziło właśnie o to, że ludzie mieli filmowi za złe fakt, iż w książce był blondynem (a w ekranizacji, jak wiadomo, brunetem)? Faktycznie nie jestem pewny, jak rozumieć to zdanie, ale jeśli chodziło o ekranizację z 2005r., to nie widzę powodu, by odbiorcom nie podobało się dobre odzwierciedlenie wizerunku bohatera – złociste blond włosy itp. ;) W każdym razie sprawdzę niebawem z ciekawości najnowszą adaptację, może nie będzie mnie drażniło zbytnie unowocześnienie techniczne…

          1. Teraz mnie załatwiłeś… Byłam przekonana, że w książce też jest brunetem. Ale może to dlatego, że dla mnie ktoś urodziwy musi być od razu brunetem. No i zasugerowałam się okładką książki, na której bohater ma czarne włosy. Czyli „w rzeczywistości” jednak jest złotowłosy… Jakoś trudno mi go sobie takiego wyobrazić, szczególnie przy jego ciemnym charakterze. Jak widać opis narratora to jedno, a wyobraźnia (nie tylko moja) to drugie :)

  2. Ach, Dorian – uwielbiam :) Przymierzam się do rereadingu (czytałam wieki temu), ale lista książek „do przeczytania na zaraz” ciągle się wydłuża i nie mam już kiedy wrócić… A warto bardzo :)

    1. Secrus

      Kiedyś na pewno znajdzie się chwila spokoju i czas, by zasiąść do Wilde’a. A fakt, warto jak najbardziej :)

  3. Ja jak zwykle pod wrażeniem nie tyle samej lektury, co recenzji. Dorian sam w sobie mnie nie zachwycił. Słownictwo użyte w recenzji – jak najbardziej! :)

    1. Secrus

      Ojj, bardzo dziękuję za pochwałę ;) Robić lepsze wrażenie niż Wilde… No, no, jeszcze uwierzę i zacznę gwiazdorzyć!

      1. Pod Sylwią się podpiszę, bo mam podobnie – dobre było, ale nie aż tak, by sobie powtarzać. Tyle klasyki, której jeszcze nie przeczytałam… a tak mało czasu… ;)

        1. Secrus

          Dokładnie tak – odwieczny dylemat, na który nie ma recepty… ;)

Dodaj komentarz