You are here
Adrian (Secrus) Książka Z zakurzonej półki 

[Z zakurzonej półki] Co za powieść! Aż trudno przebrnąć…

prochnoDziś będzie dekadencko, melancholijnie, minorowo, naturalistycznie, aluzyjnie, artystycznie, symbolicznie, modernistycznie, ciężko, poetycko, nastrojowo, schyłkowo, narkotycznie, cyganeryjnie, rozrachunkowo i smutno. A przede wszystkim krótko i nierecenzyjnie, bo jeszcze nie czas, by o Berencie pisać z pozycji oceniającej.

Próchno jest jedną z tych młodopolskich lektur, które spędzają sen z powiek studentom filologii polskiej pod każdą szerokością geograficzną. Mocno epizodyczne dzieło, oparte na filozoficznych rozmowach zawoalowanych moralnie bohaterów i polifoniczności na wzór Dostojewskiego, to na pewno nie lada wyzwanie nawet dla ludzi mających kilka trudnych literackich potyczek za sobą. Rzecz jest osadzona u schyłku XIX wieku (a jakże!) w środowisku cyganerii artystycznej (jak wyżej) i opowiada o rozterkach kilku postaci silnie związanych z młodopolskim światem sztuki. Mamy niespełnionego aktora – syna aktora-despoty – dziennikarza, lekarza-poetę, dramatopisarza, malarza, muzyka i artystów scenicznych, każdego z głębokimi rozważaniami natury egzystencjalnej, każdego ochoczo uzewnętrzniającego się z tych brudów na kartach powieści. Ci ludzie ewidentnie dążą do klęski, nie mogąc poradzić sobie z nadżyciem, jakie narzuca na nich otoczenie, światopogląd i artystyczna dusza, brnąc w używki i skrajnie bezcelowe dysputy natury ideowej, odbywające się w oparach gęstego dymu i przy alkoholu – na ulicach, w kawiarniach i spelunach, w małych mieszkankach czy na cmentarzu; miejscach opisanych przy użyciu sugestywnej techniki impresjonistycznej.

To wszystko kreśli obraz powieści, która oddziałuje, która frapuje i wchłania w swój dekadencki, zniszczony egzystencjalną pustką świat. Istotnie, takie może być Próchno dla czytelnika pochłoniętego modernistycznym kolorytem, obeznanego w bogatym kontekście literackim i filozoficznym tamtej epoki (wszechobecny Nietzsche, Henryk Ibsen, Juliusz Słowacki, Synowie ziemi Stanisława Przybyszewskiego itp.), upijającego się każdym znamieniem moralnej degeneracji artystów chcących być pępkiem świata, a w rezultacie niemogących znaleźć w nim swojego szczęśliwego kąta. Taki czytelnik będzie wniebowzięty i przeczyta Próchno raz, potem raz jeszcze, a potem uskuteczni trzecie podejście, które zapewne da mu już satysfakcjonujące odczucia. Bo to lektura do smakowania, która łatwo do siebie zraża – w końcu nie lubimy robić czegoś, co nie ma dla nas żadnego podłoża racjonalnego. Mówiąc prościej: jeśli czegoś nie rozumiemy, to odkładamy owo „coś” i bierzemy takie „coś”, które zamiast niezrozumiałej głębi, a w rezultacie frustracji, dostarczy po prostu przyjemnych doznań.

Ja jestem po pierwszej lekturze Berenta i nie mam zamiaru kręcić i pozować – od pewnego momentu męczyłem tę książkę. Nie zrozumiałem choćby w połowie tyle, ile bym chciał, choć może nie  powinienem mówić o zrozumieniu (bo poczytałem i opracowania krytyczne, i kojarzę część odniesień…), a o pełni świadomości podczas lektury. Mam wrażenie, że mógłbym wyciągnąć z konkretnych fragmentów o wiele więcej emocji i treści, ale nie wyciągnąłem, bo traciłem uwagę, a jeśli się przy Berencie nie skupicie – biada Wam, czas stracony, bo to, co olśniewa przekazem (młodopolskim, więc niekoniecznie olśniewającym każdego), staje się w sekundę bełkotem, z którego trudno cokolwiek zachować. Trudno, przeczytam drugi raz. Kiedyś, może za rok. Przeczytam i przeżyję pełniej, bo mówiąc zupełnie szczerze, w pierwszym kontakcie Berent mnie zahipnotyzował i przyciągał do siebie prawie nachalnie…

… a to za sprawą klimatu, jaki stworzył warsztatem literackim i przywoływaną scenerią. Gdy Borowski mówi o swoim życiu, o młodości i ojcu, który tę młodość tłamsił, a to wszystko w cmentarnej scenerii, chce się Berentowi bić pokłony – jak umiejętnie oddał to, z czym siłował się podczas tworzenia. Dziś tak już się nie pisze i to ważny powód ku temu, by z Próchnem spróbować. Zresztą, zerknijcie sami na ten krótki fragment:

(…) tylko cenzurki i stopnie dobre chwalił, do książki kijem, ręką i nogą zapędzał, a przy rozmowie z obcymi zawsze drwił ze mnie i lekceważył. Umiał mnie znakomicie naśladować i „odstawiał”, jak się do kobiet zabieram, to jest, jak się przeginam, kryguję, włosy dłonią przygładzam i równocześnie rozmówkę wszczynam z aktorkami, co do ojca zachodziły. A na złość staremu, mnie kobiety bardziej lubiły niż jego. Starego bo za podbródek szczypały, szczutki mu w nos dawały, a do mnie uśmiechały się miło, inteligentnie i tę rączkę białą z trzema odciskami deseniu, wprost spod rękawiczki, miękką i wilgotną, podawały mi na ciepło… „Pocałuj, chłopczyku, w rączkę” – mówiły tym życzliwym uśmiechem.

Początkowe zaczarowanie językiem później zmalało, bo pojawiało się więcej przemyśleń, a mniej form wspomnieniowych, mniej scen-obrazów, które wprawiały w osłupienie. Nie zmienia to faktu, że Próchno ma niesamowity NASTRÓJ – stimmung dla ówczesnych, słowo klucz epoki. Dziś częściej mowa o klimacie, o atmosferze, wtedy rzecz rozgrywała się o nastrojowość – ale chodziło przecież o to samo, o nieuchwytną umiejętność imaginacji, która pojawiała się nawet przy skrajnym niezrozumieniu lektury i stanowiła jej ogromny atut ;)

Wyszło nierecenzyjnie, ale na pewno nie krótko. To już moja smutna przypadłość – nawet jeśli czegoś nie rozumiem, to piszę o tym elaboraty. Nagrywając vloga, słowem bym się pewnie nie odezwał! A tu leżą obok notatki, z których nie skorzystałem, a miałem zamiar: notatki o tym, że „obcowanie z Berentem jest trudne – zwala się na czytelnika gęsta opiumowa atmosfera, dymem dekadenckich wizji omiata pokój, owija zmysły ludzkim dramatem, urojoną makabrą końca wieku, pustką bezsensownego jestestwa” (głębokie, co? :)), o „bardzo sugestywnych konstrukcjach zdaniowych, prawdziwych i pulsujących podskórnie”, a także o „przesadzonym smutku, jaki bije z kart powieści”. Cóż, wrócę do nich przy ponownym odczytaniu – może dojdą do tego jakieś bardziej merytoryczne zapiski. Tymczasem wszyscy amatorzy Młodej Polski do Berenta, a pozostali – zastanówcie się, czy jesteście gotowi. A najlepiej sprawdźcie, a potem zaczytujcie się bądź porzućcie, jak wielu przed Wami i po Was. Miłego odkurzania!

Podsumowanie:
Tytuł:
Próchno
Autor: Wacław Berent
Wydawca: Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1979 (premiera: 1903)
Moja ocena: brak. Nie przeczytałem uważnie, to nie wystawię oceny. Jestem na razie za cienki w uszach :)

Related posts

13 thoughts on “[Z zakurzonej półki] Co za powieść! Aż trudno przebrnąć…

  1. Lubie te wydania z Ossolineum. mają wspaniałe, dopracowane wstępy, które nieraz są tak długie jak sama powieść. Całe tło historyczne, etc.

    1. Secrus

      I pozwalają naprawdę dobrze zrozumieć lekturę, gdy sama w sobie sprawia problemy. Zawsze czytam i tylko żałuję, że tej wiedzy jest tak dużo, iż większa jej część siłą rzeczy wyparowuje z głowy.

  2. O, czytałam ja „Próchno” na studiach polonistycznych i BARDZO mi się ten nastrój podobał. Ile z tego zrozumiałam to już inna sprawa ;)

    1. Secrus

      O, to całe szczęście, że można wyjść na ludzi z podobnym poziomem zrozumienia Pana Berenta ;) A klimat, nastrój, atmosfera – jak zwał, tak zwał – znakomite, forma pierwszorzędna ;)

  3. Berent stoi gdzieś na zakurzonych półkach w moim rodzinnym domu… Zawsze zbyt odległy, enigmatyczny, nigdy mnie nie kusił – to Mama go kupiła, czytała, przechowywała. Nie jestem pewna, czy jestem gotowa na lekturę, ale zerknę przy kolejnej bytności w W-wie.

    1. Secrus

      Zerknij, może akurat pochłonie i zaczaruje. Choć u Berenta o skrajności nietrudno, to jestem przekonany, że docenisz wartość literacką.

  4. Też sobie obiecywałam, lata świetlne temu, gdy studiowałam i męczyłam od pewnego momentu, całkiem podobnie jak Ty ;-) owo „Próchno” przebrzydłe i cudowne jednocześnie, otóż też sobie obiecywałam, ze kiedyś przeczytam ponownie. I może lepiej zrozumiem, łatwiej się wgryzę i będę olśniona, zamiast zmęczona. I popatrz, minęło dobrych 12 lat.. Dzięki, że mi o tej obietnicy przypomniałeś!

    1. Secrus

      Ja byłem tak połowicznie – olśniony i znudzony… Ale nawet nie strasz, że 12 lat i nic. A czy to przypomnienie w jakiś sposób na ową obietnicę wpłynie? :)

      Żeby się tak w Berencie zatopić na poważnie, trzeba by było i Przybyszewskiego przyswoić, i poznać Nietzschego z jego dzieł, i o Ibsena zahaczyć, Baudelaire’a, Szekspira… trudna sztuka, choć nie niemożliwa. Obawiam się, że moje obietnice studenta filologa będą podobnie kruche, lecz na razie jeszcze idealizm nie wygasa. Teraz „Próchno” odłożyłem, ale chciałbym sobie tak podczytywać fragmentami – z przeświadczeniem, żeby zrozumieć, a nie żeby skończyć.

      1. Oczywiście, że wpłynie, tam wpłynie, już wpłynęło. Właśnie szukam, czy mam swoje „Próchno”, czy może jednak miałam wypożyczone (za duży księgozbiór, za słaba pamięć), jak nie mam, to najbliższe popołudnie spędzę w bibliotece zapewne.

        I zgodnie z sugestią.. Przypomnę Przybyszewskiego, doczytam może Nietzschego.. Co do Ibsena to wątpię, ale kto wie, kto wie, czasami po sznurku do kłębka ;)

        Z moich studenckich czasów miałam taką historię, że nie dałam rady przeczytać niestety zbyt wielu książek. Mimo naprawdę uczciwego podchodzenia do spisu lektur – nie zawsze dawałam radę. Raz, ze za dużo, dwa, że niektóre epoki były zbyt krótko omawianie, zbyt szybko był termin egzaminu, marzyłam o wehikule czasu ;-) W każdym razie było sporo takich książek, które odkładałam na „po studiach”. Taką był np. „Obłęd” Krzysztonia. Przypomniałam sobie o niej 10 lat później.. Jak to mawiają, lepiej późno niż później ;-) W każdym razie dziś jestem ogromną wielbicielką prozy Krzysztonia, przeczytałam absolutnie wszystko, co napisał. Jak widać, te obietnice z czasów studenckich wcale nie muszą pójść w zupełne zapomnienie. A czasami ktoś nam przypomni ;-)

        1. Secrus

          Ach, cieszę się, że mogłem zainspirować i poruszyć do działania – taki też cel sobie między innymi obrałem, tworząc ten cykl ;)
          Ja raz jeszcze przeglądam opracowanie BN-ki, a co do Przybyszewskiego i Nietzschego: na pewno nie teraz, w natłoku innych lektur, ale np. „Tako rzecze Zaratustra” przyciąga mnie od dłuższego czasu, obecnie z dodatkową siłą – w końcu nikt inny, jak właśnie Berent to przekładał.

          Studia – sposób i długość omawiania poszczególnych epok to często bardzo duża bolączka. Bo nigdy nie wiadomo, czym uraczy Cię wykładowca, jak przedstawi lektury, jakie one będą i czy forma/termin egzaminu pozwoli je poznać tak, jak się powinno. Wehikuł czasu wciąż dopiero w planach i trzeba sobie jakoś radzić. Te stosy książek odkładanych „na po” (studiach, liceum – wciąż nie wszystko nadrobione…) to z jednej strony ściana wstydu, ale z drugiej taka skarbnica, z której można czerpać przez następne lata i być pewnym, że się nie wyczerpie ;) Do Krzysztonia jeszcze nie sięgałem, ale „Obłęd” to chyba jeden z tych monumentów, które ciągle przeskakują w czasie, a po przeczytaniu ich nie możemy uwierzyć, że do tej pory żyliśmy bez takich wrażeń. Przynajmniej czegoś podobnego oczekuję od tej i wielu innych książek „na po” ;-)

          Przypominajmy sobie i nawołujmy jak najczęściej, a wtedy te nasze wewnętrzne obietnice też się jakoś wybronią!

  5. Nie będę się tu silić na pisanie o książce, bo jej w ząb nie pamiętam. Pamiętam jednak to, że byłam „Próchnem” zachwycona, że Berent utrafił w moją poetykę. Ciężko było wówczas tę książkę zdobyć, musiałam ją szybko oddać do biblioteki, a potem przez długi czas przeszukiwałam antykwariaty, żeby mieć własny egzemplarz. I w końcu się udało – mam, śliczny, stareńki, pachnący przeszłością. I co? I boję się ponownie do niego zajrzeć, bo przez te kilka lat, które minęły od lektury, zmieniłam się. I boję się, że „Próchno” może mi się już tak nie podobać. Czy warto się przekonać? Czy warto ewentualnie niszczyć w sobie wspomnienie świetnej lektury? Nie jestem taka pewna…

    1. Secrus

      Ja zazwyczaj wychodzę z założenia, że warto. Bo jeśli książka dziś nie utrafi w Twoją wrażliwość, w smak poetycki i oczekiwania fabularne, to znaczy, że ta jej wspomnieniowa wyjątkowość była co najmniej na poły iluzoryczna. Ty się zmieniłaś, ale książka nie, a zawsze arcyciekawie jest odkrywać, w którą stronę poszliśmy sami :) Można powtórną lekturę traktować jako eksperyment, pamiętając to, czym Berent zachwycił lata temu, i przykładając tę świadomość do dzisiejszej percepcji. Inaczej jest z lekturami dzieciństwa; tych często lepiej nie tykać, bo w większości przypadków tracą swoją magię, ale „Próchno” z dodatkowym literackim doświadczeniem na koncie może tylko rozkwitnąć.
      Poza tym – wspomnienia są kruche, a ponowne, świeże odczytanie żywe: mocą wrażeń albo goryczą zawodu. Ale to zawsze silniejszy impuls, a za takimi gonimy.

  6. Daniel 68

    żeby nie „przegadać ” tematu -ten kto nie tkwi w Młodej Polsce,dekadencji,kto nie zna Przybyszewszczyzny i tych wszystkich niuansów epoki -niech nawet nie próbuje czytać bo to bezcelowe i zapewne męczące….Jak dla mnie „Próchno” to dzieło pod paru względami wybitne…

Dodaj komentarz