You are here
Adrian (Secrus) Książka Z zakurzonej półki 

[Z zakurzonej półki] „Wszyscy na Zanzibarze” – Artefakt profety

ZanzibarW fantastyce „artefakt” jest wartościowym i trudnym do odnalezienia przedmiotem o specjalnych właściwościach. Pozyskanie go wymaga dużego zaangażowania, długotrwałych starań i wyrzeczeń, ale oferuje paletę wyjątkowych korzyści przypisanych tylko jemu. W tym roku wydawnictwo MAG postanowiło odkrywać, a pierwszym skarbem, jaki przedstawiło czytelnikom, jest prawie 50-letnia powieść Johna Brunnera – Wszyscy na Zanzibarze. Wizje przyszłości, która stała się już przeszłością, zawsze intrygują i wywołują zażarte dyskusje. Idea konfrontacji futurystycznych założeń z rzeczywistością może nadawać książkom science fiction drugie życie – a komu jak komu, ale Anglikowi taka nobilitacja się należy.

Rzecz dzieje się na początku XXI wieku, gdy świat zdążył już obrać niewłaściwy kierunek rozwoju i powoli pogrąża się w nim bez nadziei. Panuje ogromne przeludnienie, narkomania jest społeczną normą (yaginol, dymiczacha, odjazdyna…), polityka jeszcze nigdy nie była areną tak brutalnych i bestialskich walk o władzę, mediatyzacja osiąga najgorszą z możliwych, ogłupiającą formę, a ludzie w obliczu rozwoju technologicznego zatracają umiejętność zdrowej komunikacji i w tłumie obcych twarzy samotnie wegetują. Wiecie, co jeszcze? Zupełne rozmycie obyczajów i norm seksualnych, degradacja rodziny, idea produkcji nadludzi, eugenika jako problem komentowany rozlegle przez Brunnera, kontrola narodzin (maksymalnie dwoje dzieci, czyli tzw. progenów), zwyczajność aborcji i sterylizacji, okrutne procedury wdrażane w trosce o czystość przyszłych pokoleń, a także znajomy nam korporacjonizm doprowadzony do granic absurdu i robotyzacja odbierająca pracę ludzkim dłoniom. Autor zaprojektował to wszystko, obserwując tendencje współczesne sobie. Jasnowidzem nie był, dostępu do tajnych dokumentów z przyszłości też pewnie nie miał, ale myślał i snuł refleksje – w dużej części słuszne, jeśli spojrzymy na dzisiejszy świat. Wizja Brunnera to jednak obraz skrajnie dystopijny, bo autor ewidentnie interesował się tym, co dążyło do niezaprzeczalnej degeneracji i upadku moralności. Nie każdy aspekt rozważań pisarza ziścił się przez to w nienaruszonej formie, niektóre być może ujawnią się za kolejne 50 lat, ale czytając Wszystkich na Zanzibarze, i tak nie czujemy przepaści światopoglądowej i tego, że autor bajał sobie a muzom.

Głębsze wejście w problematykę książki mija się z celem. Z racji tego, że Brunner reprezentuje starą szkołę SF, to właśnie wizja świata przyszłości jest tu tematem wiodącym, rozpisanym na ponad 600 stron, i ja mogę zaledwie nadmienić, o czym ta gigantyczna rozprawa mówi, co sugeruje oraz jakie stawia pytania, rozwija problemy i proponuje wnioski. Ważne natomiast okazuje się, w co jest odziana treść książki. Krytycy różnie odebrali programowy i konsekwentny postmodernizm autora – chodzi przede wszystkim o wielowątkową fabułę podaną z przestrzeganiem wszystkich zasad literackiej fragmentaryczności. Brunner pociął skrupulatnie zaplanowaną i skonstruowaną makietę przyszłości na chudziutkie paski i wymieszał. Polskie środowisko literackie włożyło je do kapsuły czasu i po 50 latach przerwało hibernację – skrawki nasiąknęły dzisiejszą mentalnością i stały się niezwykle cennymi tablicami.  Narrację, a nawet cały szkielet spisu treści, podzielono na cztery działy różniące się formą przekazu i perspektywą: 1) „Ciągłość” jest główną osią fabularną korzystającą z tradycyjnej narracji. Śledzimy w niej na zmianę losy dwóch współlokatorów: czarnoskórego (Aframa) Normana House’a oraz Donalda Hogana. Jeden z nich jest wiceprezesem wiodącej korporacji i otrzymuje pracę związaną z afrykańskim państwem, Beninią (której profil społeczny i obyczajowy, jako kraju o zerowej konfliktowości wśród mieszkańców, kraju bez morderstw oraz słowa „złość” w słownikach obywateli, jest głównym tematem powieści), drugi oddaje się pracy naukowej, ale dopiero później jego działalność nabiera sensu, gdy otrzymuje zlecenie o charakterze szpiegowskim w państwie o nazwie Yatakang. 2) „Na zbliżeniu” to krótkie historie ludzi walczących w jakiś sposób z realiami XXI wieku. Portrety drugoplanowych postaci i ich problemy wzbogacają uniwersum i pozwalają szerzej poznać istotę świata Brunnera. Dramaty obywateli są jednak zbyt krótkie i pojawiają się zbyt rzadko, aby je pamiętać i nie mylić ze sobą. 3) „Kontekst”, gdzie pisarz omawia mechanizmy rządzące rzeczywistością powieści i buduje teoretyczne tło dla jej zrozumienia. Często wciela się tutaj w naukowca Chada Mulligana, który w fikcyjnym dziele Leksykon trendy zbrodni komentuje każdy element codzienności. 4) „Świat tu-i-teraz” jest prawdziwą jazdą bez trzymanki – tutaj Brunner daje obraz chaotycznej mediatyzacji przyszłości. Ta część narracji składa się z niezwiązanych ze sobą informacji/newsów, które często są na tyle niezrozumiałe i głupie, że wydają się zbędne. Można je uznać za rodzaj pisarskiej prowokacji, próbę wtargnięcia w zdegenerowaną rzeczywistość głębiej, dosadniej i pełniej.

John Brunner bardzo się postarał, aby dookreślić kontekst powieści i nadać swojemu światu kształt. Dostajemy obraz przeludnionej Ziemi, której ciasnota sprawia, że się dusimy, przygnieceni nihilistyczną nowoczesnością. Stąd popadamy w obłęd, stajemy się „wściekami” – tracąc panowanie nad sobą i przemieniając się w niebezpiecznych berserkerów, dopasowujemy się do tej chorej rzeczywistości i współtworzymy społeczeństwo, w jakim nigdy nie chcielibyśmy egzystować. Tuż obok rozważań politycznych i zgrabnej obserwacji społecznych tendencji Wszyscy na Zanzibarze mogą figurować jako książka o zagubionych ludziach, którym przyszło żyć w nieprzystępnym świecie, o ich walce z szaleństwem, walce o normalność. Zasadniczym atutem powieści na polu językowym staje się specyficzna, ale nie przeszarżowana nowomowa, która w polskim tłumaczeniu pozwala na stałe zatopić się w błyskotliwych myślach Brunnera i poczuć, że mimo iż od kilkunastu lat tkwimy w „początkach XXI wieku”, ich kształt oczami wizjonera żyjącego w latach 60. wciąż nosi znamiona futuryzmu. Nasz mózg bardzo szybko adaptuje niecodzienne wtręty i już po kilku rozdziałach z pełną swobodą operujemy takimi formami leksykalnymi jak wściek, prawokatolik, kurżeszmać, wielorybia mierzwa, zapinać twarz i wiele innych. Czujecie się wystarczająco zachęceni?

Oceniając dzieło Brunnera, naturalnie bije się pokłony przed jego monumentalnością, przed formą, która nie podąża uproszczoną ścieżką, oraz wizyjnością zaadaptowaną przez każdy aspekt życia, nawet jeśli nie w każdym z perspektywy czasu jest wiarygodna. Autor porusza chyba wszystkie kwestie, które mogły zastanawiać jego pokolenie, ponadto rozwija te tematy, konstruując świat oparty na żelaznych zasadach. Wszyscy na Zanzibarze są próbą fantastyki naukowej z prawdziwego zdarzenia, mocno wrośniętej w klasykę gatunku. Nie każdemu odpowie forma, kreacja świata przyćmiewająca kreację postaci i fabularność stanowiąca zaledwie tło dla całej reszty, ale ci, którzy mogliby się zawieść twórczością Brunnera, nawet po nią nie sięgną. Pozostali muszą w te pędy ruszyć do księgarń i zakupić swój egzemplarz – pięknie wydany, w twardej oprawie, z poruszającą wyobraźnię grafiką na okładce i jedynką na grzbiecie, zapowiadającą wspaniałą serię – bo Wszystkich na Zanzibarze, i mówię to z pełną odpowiedzialnością, nie da się opowiedzieć. Tego trzeba doznać.

Podsumowanie:
Tytuł:
Wszyscy na Zanzibarze
Autor: John Brunner
Wydawca: MAG 2015 (premiera: 1968)
Moja ocena: 8/10

ganmeexeTekst jest oficjalną recenzją dla portalu Game Exe

Related posts

32 thoughts on “[Z zakurzonej półki] „Wszyscy na Zanzibarze” – Artefakt profety

  1. Zdecydowanie jestem zachęcona, Secrusie :D Byłam już po przeczytaniu blurba, a po Twojej recenzji – tym bardziej!

    1. Secrus

      Zatem nie czekać, tylko brać i się zaczytywać :D Tylko czas trzeba mieć, bo tak szybko się od Brunnera nie uwolnisz ;)

      1. Ba, nie czekać, brać… Tylko jakże to, jak tyle książek czeka i chyba z 10 bije się o to, które pójdą na początek kolejki ;)?

        1. Secrus

          A wiesz, że moje też się biją? Ja im podszeptuję, z żalem oczywiście, żeby tylko obeszło się bez kontuzji, bo po egzaminach do nich wracam :) A Brunnera zmieściłem gdzieś pomiędzy, bo bestia dzielnie wojowała ;p

          1. Ja teraz to biorę udział w Bookathonie, który organizuje Olga, Ewelina i Anita, więc póki co bitew nie ma, trzymam się planu :D Ale potem… Twardoch, Orbitowski, Miłoszewski (który jest biblioteczny i jest na niego rezerwacja), Wassmo, czy któraś z trzech recenzenckich? Oto jest pytanie :P

            1. Secrus

              Widzę, że polscy literaci trzymają się nieźle ;) U mnie większość recenzenckich, Tartt tylko biblioteczna, i to drugi miesiąc, więc już czekam na chwilę wytchnienia. Życzę wspaniałych wrażeń w Bookathonie, co nieco obserwuję i przyznaję, że to świetna inicjatywa :D

              1. Ba, jako absolwentka filologii polskiej czuję się zobowiązana :D A, jeszcze Jakub Żulczyk! A tak serio, to lubię naszą rodzimą literaturę :)

                1. Secrus

                  Jako student filologii polskiej też powinienem, ale wiadomo, co studenciaki robią w drugiej połowie czerwca ;p Więc trochę zazdroszczę lekturowych doznań, a co do rodzimości w literaturze – jestem na tak! Ciągle mi jej za mało u siebie, ale pracuję nad tym.

                  1. No tak, trzymam kciuki za Ciebie :) Za studia i za zwiększenie ilości czytanej polskiej literatury :)

  2. A czy jest w planach lektura i recenzja „Trawy” Sheri Tepper ?
    Przyznaję, że skusiłem się na tą książkę i teraz potrzebuje motywacji, by się za nią zabrać :)

    1. Secrus

      Jest nie tylko w planach, ale już nawet w czytaniu ;) Co prawda dopiero zacząłem i na chwilę musiałem przerwać, ale te pierwsze 30 stron zapowiada się obiecująco (choć na razie rzuca się w oczy mnóstwo ładnych opisów przyrody i spiętrzenie postaci, pośród których można się pogubić). Książkę zrecenzuję dla Lubimyczytać, więc na publikację tekstu będzie trzeba poczekać trochę dłużej – tamtejsze kolejki są nieubłagane :D

  3. Dla mnie książka kapitalna, sf idealne. I treść i forma na wysokim poziomie i życzyłbym sobie więcej takich pozycji w Artefaktach. Oby się takie pojawiły. :)

    1. Secrus

      Tak, Brunner to sprawdzona firma. We wrześniu w Artefaktach jego kolejna powieść – „Na fali szoku”. Ja biorę w ciemno :)

  4. Ja to samo. Warto jeszcze zwrócić uwagę na bardzo dobre wydanie. Mag robi dobrą fuchę. Raz, że na twardo, dwa, że z tasiemką (dla jednych śmiech, dla mnie użyteczna pierdoła), trzy, że kapitalna okładka Darka Crayona, który robi świetne ilustracje, wszystkie do tej pory w Artefaktach zrobił i wychodzi na to, że to będzie jego seria. Do Uczty Wyobraźni też ostatnio co nieco dołożył.

    1. Secrus

      Wydanie znakomicie upiększa biblioteczkę, nawet lepiej od Uczty Wyobraźni. Ja lubię twarde oprawy, a tasiemka to miły i przydatny dodatek (z narzekaniami się nie spotkałem, ale skoro mówisz, że jest śmiech, to ja tego nie rozumiem). Crayon od lat udowadnia klasę – pierwsze książki z Artefaktów to majstersztyk; czasem aż za bardzo, bo np. okładka „Trawy” wzmogła moje zainteresowanie książką, a trochę się na niej zawiodłem :) Ale wystarczy spojrzeć chociażby na front wrześniowego wydania „Hyperiona”, żeby o stronę graficzną Artefaktów się nie martwić.

      1. O tak, i to bardzo upiększa. U mnie stoi jeszcze seria i UW, i Artefakty, bo póki co się mieszczą (chociaż niedługo będzie trzeba je chyba odizolować), i wygląda to naprawdę świetnie. Jeszcze jak spojrzeć półkę nad, gdzie mam twardo-okładkowe wydania z obwolutami Stephensona, Simmonsa, Dicka czy Wattsa, to już w ogóle.Generalnie fantastykę się najlepiej wydaje, zauważyłem. :) Racja, ale do mojej świadomości trafił dopiero przy otrzymaniu książek Tepper i Brunnera, obie okładki mi się bardzo podobały, zajrzałem na początek, cóż to za grafik za nie odpowiadania, poszperałem w necie na temat Crayona i okazało się, że bardzo dużo okładek, z którymi się na co dzień spotkałem, które mi się podobał i mam na półce, są właśnie jego autorstwa. Od tego momentu na bieżąco śledzę jego profil i czekam na nowości. Hyperion mi się też spodobał, chociaż nie kupuję tej książki, bo mam już poprzednie wydanie, które jest dla mnie nie do przebicia. Ale nowy Brunner też wymiata. :) Świetnym, moim zdaniem, grafikiem jest też Darek Kocurek.

        1. Secrus

          Musiałem sprawdzić, czy znam jakieś prace Darka Kocurka… tak, znam – np. dobre, mroczne grafiki do wydań Kinga :) Sporo prawdy w tym, że fantastykę wydaje się najlepiej, MAG ma w tym najwięcej do powiedzenia. Trochę zazdroszczę tych Uczt Wyobraźni i półki nad nimi, ale co zrobić – ja fantastyki tak często nie czytam i mam spore zaległości, ale jeśli już sięgam, to chcę trafiać tylko na taki poziom, jak chociażby u Brunnera ;) Oprawa graficzna dodatkowo zachęca.

          1. King przede wszystkim, ale też Card, Hill, Darda. On zrobił najlepsze grafiki do Mrocznej Wieży Kinga, szkoda tylko, że nie wydali tego w twardej. Mag i Rebis to w zasadzie najważniejsze wydawnictwa fantastyki. Reszta to pojedyncze książki, i ja osobiście posiadam ich niewiele. Ja właśnie sporo czytam i UW mam prawie wszystko. Artefakty już w całości nie kupuję, bo niektóre mi nie odpowiadają albo je mam już. Ale cieszy mnie pojawienie się tej serii cholernie, bo UW to współczesna fantastyka, a Artefakty klasyka, i będzie można porównywać, który okres fantastyki był lepszy. :)
            Tak, Brunner to perełka, Trawa była bardzo dobra, ale już wyraźnie słabsza od Wszyscy…, teraz czytam Przedrzeźniacza i też nie ma szału. Gibsona i Smitha nie czytałem, więc nie wiem. Ale seria dopiero się zaczęła, więc jeszcze sporo przed nami. ;)

            1. Secrus

              Dobrze zauważyłeś ten związek między UW i Artefaktami, że ich różne profile wydawnicze będą świetnym polem do konfrontacji i porównań: stare a nowe, klasyczne a współczesne. Poza tym w mojej świadomości Artefakty będą wartościowo zapełniać luki na naszym rynku książkami, które z jakichś powodów (najczęściej dziełem przypadku, bez znaczących powodów) przemknęły niezauważone, a nie powinny.
              Ja z pierwszej fali premier Artefaktów zapoznałem się z Brunnerem i Tepper i na razie nie planuję nic więcej, te interesowały mnie szczególnie. Ale tak jak mówisz – seria jest młoda i zapowiada się obiecująco. Może właśnie MAG odkurzy w Polsce mniej znane dzieła Bradbury’ego, na co bardzo liczę (jedna książka jest w planach i na pewno trafi do mnie). Poza tym cieszę się też na myśl o ładnych wydaniach Silverberga… Jest na co czekać ;)

              1. Dokładnie, taki Brunner przecież wydany był 50 lat temu, a czyta się jak aktualną pozycję. I pewnie niejedna taka książka się znajdzie.
                Liczę na tego Bradbury’ego cholernie i na forum Maga ciągle dopominam się o tomik Ray’a. Kroniki marsjańskie to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu czytałem, a to, jak się okazało potem, tylko część całości, i Mag właśnie ma zamiar to w pełni wydać + jeszcze chyba 2 nowele, także jak się to już pojawi to rzucę się jak Reksio na szynkę. :D Silverberga w ogóle nie czytałem, więc też Mag da okazję, aby to zmienić. :)

                1. Secrus

                  O widzisz, to obaj będziemy czerpać garściami :) Ja Bradbury’ego jeszcze nie czytałem, ale bardzo mnie do niego ciągnie i jeszcze w tym miesiącu sięgam (o autorze wspominam m.in. w poniedziałkowym wpisie wakacyjnym, więc zapraszam). SIlverberg napisał książkę w duecie z Asimovem, coś jego własnego też czytałem – jest ceniony zagranicą, u nas raczej mało znany. Ja będę wybierał Artefakty selektywnie, ale te, na które się zdecyduję, będą szarpane. Jak szynka :D

                  1. Aha, czyli jeszcze go nie znasz. No to powiem CI, że masz na co czekać, bo to świetny pisarz, ja bym go nazwał poetą i romantykiem fantastyki naukowej. Pisze bardzo wymownie i ładnie. Mi osobiście wystarczyły krótkie opowiadania 2-4 stronicowe, żeby skopać mi tyłek i wzruszyć, a czegoś takiego rzadko doświadczać. Żaden tom opowiadań nigdy mną tak nie poharatał, a ten to już w ogóle jest ewenement, bo ja ogółem opowiadań nie czuję jak nie mają co najmniej te 40-50 stron. Także sięgając po „Kroniki marsjańskie” czeka Cię literacka uczta. :) Pojawienie się Bradbury’ego w Artefaktach może być bardzo dobrym krokiem na odświeżenie starym wyjadaczom jego prozy, na danie czegoś nowego, co jeszcze nie pojawiło się na naszym rynku i przede wszystkim na trafienie do świadomości tych czytelników, którzy jeszcze go nie znają, i liczę, że sprzedaż będzie na tyle dobra, by móc się starać bez przeszkód wyprosić Maga o kolejne jego książki, których jest niemało. :)
                    Liczę też, że Mathesona faktycznie wydają, bo mają w planach, bo to podobno również świetny autor, a ja czytałem tylko „Jestem legendą”, które szału na mnie nie zrobiło.

                    1. Secrus

                      Ja też nie jestem za opowiadaniami, rzadko kiedy potrafią mnie głębiej zainteresować, jeśli mieszczą się na kilkunastu stronach. Wszystko jednak tkwi w historii, sposobie opowiadania, kunszcie autora – jest kilka opowiadań, które mnie zauroczyły, więc nawet nie próbuję się na nie zamykać ;) A Bradbury – słyszałem, że to niemal powieściowy poeta, nawet próbki testowałem. Bardzo chcę poznać jego książki, więc jestem za tym, żeby nieraz pojawił się w Artefaktach (obecnie poluję na „Słoneczne wino” – książka dziś ledwo osiągalna, wydana raz w latach 60., tematycznie idealna dla mnie i na ten czas, do tego podczytywałem troszkę po angielsku + znalazłem w Internecie kilka fragmentów polskiego przekładu – niemożliwe, żebym się nie zachwycił językiem :D).
                      Co do „Jestem legendą” – kojarzę tylko filmową wersję i mnie nie ruszyła, ale widzę, że Matheson jest kolejnym amerykańskim klasykiem, którego warto znać.

  5. Ja się uczę ich czytania, częściej sięgając w tym roku. Głównie za sprawą Gaimana, bo on ma ostatnio wznowienia w Magu swoich opowiadań. Ale nie tylko. King z kolei na jesień będzie miał premierę nowej książki, która jest zbiorem opowiadań. Myślę, że nigdy opowiadania nie będą miały u mnie takiej pozycji, jak powieści, ale warto od czasu do czasu poczytać, bo tak jak piszesz, wszystko zależy od autora – jeden potrafi dosłownie w kilku zdaniach rozżarzyć Ci w głowie, a inny potrzebuje na to kilkudziesięciu.
    Dokładnie tak, powieściowy poeta. Ja również jednego czasu polowałem na „Słoneczne wino”, ale ceny na allegro są mocno przesadzone, a ta nowelka, o ile się nie mylę, ma się też właśnie pojawić w zbiorze Maga wraz z rozszerzonymi „Kronikami marsjańskimi”. Nie dam sobie głowy uciąć, ale coś mi tak świta. ;)
    Mi się film jeszcze podobał, ale książka to zupełnie inna bajka.

    1. Secrus

      Gaimana czytam na razie tylko powieściowo, na zbiór opowiadań się nie zdecydowałem. Ja natomiast krótsze formy poznawałem od strony horrorowej – Poe, Grabiński, Strobl (w planach Lovecraft, Quiroga i wielu innych…), a także Andriejew czy Borges, i to jest naprawdę świetnej próby literatura, o której, gdy przywoływałem ją w myślach, nie myślałem jak o czymś gorszym. Sęk w tym, że zdecydowanie łatwiej sięgnąć mi po powieść i się w niej zatopić, niż wybrać zbiór opowiadań ze świadomością, by za każdym razem wchodzić w historię na nowo. Ale to już uprzedzenie własne, w żaden sposób niedeprecjonujące wartości krótkich narracji.
      Teraz to chyba nawet „Słonecznego wina” w Internecie nie można kupić. Czytałem, że to zbiór krótkich opowieści – jeśli więc wszystkie pojawią się u MAG-a, będę wniebowzięty. Zdaje się jednak, że wraz z „Kronikami…” zostanie wydany „Człowiek ilustrowany” i zbiór opowiadań „The Golden Apples of the Sun”, innych niż w „Dandelion’s Wine”. Ale mam nadzieję, że wznowienie „Słonecznego wina” będzie tylko kwestią czasu ;)

  6. Gaiman jest świetny, dla mnie to pisarz magik. Ale powieści zdecydowanie lepsze od opowiadań. Owszem – czytałem tylko Drażliwe tematy, i owszem – były tam perełki. Ale generalnie to nie jest autor, który czaruje bardziej krótszą niż dłuższą treścią, przynajmniej mnie. Ciekaw jestem jak będzie z Dickiem, bo tu czytałem tylko powieści, a Dick to podobno przede wszystkim (albo i głównie) opowiadania. Niedługo nowy zbiór wydany będzie przez Rebis, więc to z chęcią sprawdzę. :)
    Krótką formę ja również gorzej przyswajam, ale poczytam od czasu do czasu. Też zaczynałem od horrorów, zresztą literatura grozy to była niegdyś priorytetem, jak teraz fantastyka, u mnie, i znam dość współczesnej i klasycznej. Poe mi się podobał bardzo, i przeczytałem chyba większość. Grabiński też, ale jego poznałem tylko z najnowszego wydania „Demona ruchu”. Strobl mam, ale nie czytałem. Polecam szalenie Algernoona Blackwooda, Lovecrafta i M. R. Jamesa. Być może orientujesz się, że istnieje seria klasyki grozy – Biblioteka Grozy – i tam są sami klasycy, w tym Ci wymienienie przeze mnie. Bardzo fajna seria, która – jak w przypadku Artefaktów – pozwala przybliżyć inną epokę pisarską gatunku. :)
    Może i tak. Ja tam liczę, że w którymś z antykwariatów u mnie się pojawi ten Bradbury. Ale do tego czasu, zanim sam nabędziesz, serio polecam się poznać z Bradburym. Jak lubisz takie książki w stylu „Ocean na końcu drogi” Gaimana, „Wielki marsz” Kinga, „Gra Endera” Carda, czy „Władcy much”, to „Jakiś potwór tu nadchodzi” Bradbury’ego powinien Ci się spodobać, bo to taka książka, gdzie jest młodzież, ale niekoniecznie skierowana do takiej grupy czytelników. ;)

    1. Secrus

      Dicka i Rebis zanotowałem – jeszcze nie wiem, czy się skuszę, ale będę miał na oku :)
      Kojarzę Bibliotekę Grozy od C&T, kawał dobrej, wydawniczej roboty, mimo że do tej pory niewiele czytałem. Tam musiałbym już postępować wybiórczo, bo choć cenię sobie klasykę grozy, to obawiałbym się szybko przesytu, gdybym sprawdzał każdego autora. Ale że tylko Blackwood niewiele mi mówi, to dobrze o mnie świadczy ;) Poza tym to ogromna skarbnica wyjątkowych opowiadań, w której można znaleźć niejedną perełkę (ach, ta ówczesna moda na grozę w pigułce przypomina mi amerykańskie i brytyjskie seriale fantastyczne, które się mnożyły w latach 60., a później 80. i 90., z dwudziestominutowymi odcinkami, czy to bardziej thrillerowymi, czy z dojrzałym horrorem, czy strachami dla młodzieży. Było wtedy olbrzymie zapotrzebowanie na takie formy i powstawały wyjątkowe historie).
      Ba, Gaimana, Kinga i Goldinga w książkach, które przywołałeś, wprost uwielbiam :) Jedynie „Gry Endera” jeszcze nie czytałem. O „Jakiś potwór tu nadchodzi” słyszałem i powoli się przymierzam, ale to na pewno nie przed „Słonecznym winem” i „451° Fahrenheita”. Mam przeczucie, że z Bradburym będzie u mnie jak z Kingiem – trudno się powstrzymać, by nie zacząć czytać wszystkiego hurtem, takie to wspaniałe literackie przygody. A jeśli Ty też cenisz sobie powieści, jakie wymieniłeś, to w tym temacie natarczywie wracają „Magiczne lata”: ko-niecz-nie przeczytać i napisać dobrą recenzję na blogu :D

      1. A samego Dicka czytałeś, jakąś powieść, czy nie?
        Biblioteka Grozy wydawana jest rzadko, ale za to systematycznie, i jest tania, więc nie szkoda na nią pieniędzy.Niegdyś wydawana była razem z ilustracjami Wydmucha, które nadają klimatu.U nas Ci pisarze poza Lovecraftem i Poem są bardzo mało znani tak naprawdę. To tam kręgi czytelników grozy przeważnie, bo klasyki mało się czyta. Jest ona specyficzna, i ja też nie czytam za często, bo nie chcę przesytu, a do też taka lektura najlepsza na okres jesienny, czyli w bardziej ponure, deszczowe dni, kiedy szybko robi się ciemno. Seriale i filmy też do tego . Pamiętam z dzieciństwa (a propos tematu, teraz mi się przypomniało :D) „Z Archiwum X”, jak się oglądało i ta muzyczka ciary powodowało. Miałem ambitny plan 2 lata temu, żeby obejrzeć wszystkie odcinki od początku, ale dotrwałem do połowy 3-ego sezonu i tak się zatrzymałem. :P

        No to dobrze wiesz, co czeka Cię z „Jakiś potwór tu nadchodzi” . ;) Ja sam zaczynałem od „451° Fahrenheita” i to z kolei taka książka w klimatach Orwellowskiego „1984”. Bardzo dobra pozycja. Bradbury też jest w Bibliotece Grozy, ale to najsłabsza książka Raya. Nie wierzę, że Ci się nie spodoba, bo to kapitalny pisarz, ale u nas ciągle jeszcze mało znany. Taak, ten McCammon się przewija w kilku wątkach widzę. :D W sierpień go nie wcisnę na pewno, ale pomyślimy nad wrześniem. :)

        1. Secrus

          Dicka wciąż nie – kilkakrotnie szedłem do biblioteki z zamiarem wypożyczenia „Ubika”, ale za każdym razem nie było, więc brałem coś innego… i tak Dick schodził na dalszy plan. Ale tak już chcę coś od niego przeczytać, że nawet nie trzeba mi rekomendować :D Trochę wstyd nie znać.

          Tak, u nas ci najwięksi klasycy światowej literatury grozy znani są wybiórczo – kilkoro osiąga popularność, a wielu przechodzi bez echa. Ale co poradzić – dla większości czytelników to starocie, w dodatku niszowy gatunek, nic na to nie poradzimy. A można się zdziwić, ile wartościowych rzeczy wyciąga się z takich pozycji (to samo jest z science fiction i ignorantami, którzy uważają ten gatunek za bajki dla dorosłych). „Z Archiwum X” to też znak pokoleń lat 80. i 90., zawsze warto wrócić i sobie przypomnieć – fantastyczna wędrówka w czasie ;)

          Powinienem przestać już o Bradburym mówić i coś przeczytać, bo błądzę trochę jak ślepy o kolorach :D Ale co zrobić – tak to jest, gdy chęci wyprzedzają możliwości i czas. Na pewno niedługo coś poznam i zrecenzuję.

          1. Jak czujesz silną przynależność do grupy fanów fantastyki to faktycznie, lepiej się nie przyznawaj, że nie znasz. :P Ale jeśli nie, to nie ma to większego znaczenia, czy znasz Dicka, czy nie. :) Ale ogółem jest to szalenie oryginalny człowiek, i jako pisarz, i był też taki jako zwykły obywatel, więc warto zapoznać się z niektórymi książkami. :)

            Ale są wydawnictwa, które rzadko, ale systematycznie wydają, i to jest fajne. Poza tym od czasu do czas pojawi się jakiś pojedynczy wypadek od innego Wydawnictwa, więc jest co poczytać, jeśli się tę klasykę grozy chce poznać. :)

            Racja z „Z archiwum X” to podróż w czasie, ale momentami jak się widzi te naiwne kwestie, które nie mają racji bytu, bo nauka udowodniła coś innego, albo wyeksploatowane do cna motywy, to się po prostu odechciewa. ;)

            I to byłoby najlepsze rozwiązanie, nie gadać, tylko sięgnąć i poczytać. ;)

            Kurde, ale ja Ci tu offa zrobiłem. Wybacz, ale jak już pewnie zauważyłeś, gadulstwo jest u mnie jedną z najmocniejszych cech. :P

            1. Secrus

              Absolutnie nie czuję silnej przynależności, ale Dicka i tak poznam :D
              Jeśli się chce, to niemal zawsze można poznać klasykę, wydawnictwa co jakiś czas ją przypominają. Tylko o to chcenie chodzi :)
              „Z Archiwum X” – Ano, tak jest ze wszystkim, czym zachwycało się dawno temu, i teraz, po latach, się wraca. Można przymknąć oczy na wiele słabszych elementów, ale chodzi o to, żeby uchwycić ten pierwiastek, który przywoła tamte wrażenia. Nieścisłości i naiwne fragmenty skutecznie to utrudniają.
              Luzik, obecnie o komentarze trudno, bo ludziom się nie chce pisać, chyba że pod swoimi wpisami ;p Tak że mały off topic – byle z sensem – działa zbawczo! Ja też lubię sobie pogadać, zwłaszcza o książkach :D

              1. Ciacho

                Warto, warto, bo naprawdę był, jest koleś oryginalny. :P
                Tym pierwiastkiem w „Z Archiwum X” jest bez wątpienia soundtrack. Odkąd pamiętam wywoływał u mnie ciary. I tak jest do dziś, mimo że tyle lat minęło. :)
                Racja, trudno. I czasem się zastanawiam, czy to niechęć, czy obawa przed „czy oni tak samo myślą” lub „co inni powiedzą”, czy po prostu lenistwo. Ale zostawię te rozważania na kiedy indziej. A o książkach zawsze jest co pogadać. :)

Dodaj komentarz