You are here
Adrian (Secrus) Książka 

„Guguły” – Wspomnienia zerwane z gałęzi…

U mnie w Częstochowie, za siatką oddzielającą podwórko od ulicy, też rosły guguły. Używaliśmy tej nazwy, bo wszyscy tak na nie mówili. Nikt nie podejmował wątku, że to jest tylko nasze, bo językowo regionalne. Tak samo słyszało się, że ktoś popycha pierdoły, a kiedy szliśmy do lasu na grzyby, unikaliśmy zbierania psioków. Nocna wyobraźnia podsuwała obrazy baboków, które miały przyjść po nas i porwać, choć nikt tak naprawdę nie wiedział, jak wyglądały. I gdy Wiolka zbierała etykietki z zapałek, to częstochowska zapałczarnia chyba jeszcze była fabryką, zanim zamieniono ją w Muzeum Zapałek, które szturmowały szkolne wycieczki. Mogłem wyjść z domu i być pod obszernym gmachem w dwie minuty, mijając po drodze dom dziadków. Może dlatego lektura Guguł była dla mnie szczególna – zbliżyła się do małej ojczyzny, a jednocześnie upiększyła ją echem historii i wiejskim powabem, których już osobiście nie zaznałem. Do tego ten temat: dojrzewanie obserwowane okiem kobiety z literacką percepcją dziecka, czasem zawieszonym nad światem, niekiedy wędrującym za bohaterką. Retrospektywnie czujnym i nieustająco otwartym okiem.

Prozatorski debiut Wioletty Grzegorzewskiej, nominowany do tegorocznej nagrody „Nike”, to jedna z długich podróży do świata dzieciństwa, spisana jednak krótko i treściwie, jako wyimki z pamięci, młodzieńcze wspomnienia – obrazki, sylwy bądź stop-klatki z kiedyś. Dlaczego tak je nazywam? Na Guguły składają się miniaturowe, czasem 3-stronicowe, czasem trochę dłuższe opowiadanka przywołujące dzieciństwo i dorastanie Wiolki we wsi Hektary za czasów PRL-u. To cząstki dawności przepojone wiarygodnymi znakami realiów, w jakich autorka przeżyła najmłodsze lata. Poetyckie źródła mocno zaznaczają się w narracji i języku książki – jest minimalistycznie i jakby rodem z wierszy; takich swojskich, czasem jednym słowem trafiających w punkt, prostych i w owej prostocie głębokich. W takich szatach historie zbierane, zasłyszane i przeżyte, opowieści o życiu na wsi, szkole, pierwszych seksualnych doznaniach oraz wieczornym łapaniu chrabąszczy żyją, mienią się wszystkimi kolorami tęczy, wołają do czytelnika, by wracać i odtwarzać, odkopywać to, co zagrzebało się pod grubą warstwą czarnego, drobnoziarnistego czasu.

Znajdziemy zatem w tekście relacje z wędrówek do bazyliki Świętego Antoniego, opisy procesu wyprawiania zwierząt przez ojca, mocno zakorzenione w świadomości Wiolki, przeróżne wiejskie indywidua, jak doktor, który lubił rozpinać zamek u spodni przy małych dziewczynkach, i anegdotyczne opowiastki z Hektarów, czasem bez morału, bo życie nie zawsze daje naukę. Całości dopełniają liczne regionalizmy, religijność i rozpowszechniony u starszych pokoleń zabobon – jest o czerwonej wstążce przeciw złym urokom, o babokach, czerwieni wyciągającej gorączkę i zabijaniu pająków, które ściąga burzę z piorunami. Te fragmenty układanki przemykają przed oczami płynnie i harmonijnie. Nie ma tu sentymentalnego nadęcia, spacerek pomiędzy wspomnieniami po prostu się odbywa, nikt nie krzyczy: „to było najgorętsze lato! Tamten zapach chłonę do dziś!”. Lubię takie zabiegi, ale Wioletta Grzegorzewska udowadnia, że jej Guguły tego nie potrzebują. Oczywiście to literatura osadzona w pewnym nurcie – mogę porównywać tę książkę choćby z czytanym ostatnio Słonecznym winem; tam arkadia początku XX wieku w Ameryce, tutaj stan wojenny, PRL i papiestwo Polaka. Nietrudno znaleźć podobieństwa przypisane każdemu dzieciństwu, ale łatwo też dostrzec różnice: tam była słodycz mniszkowego wina, choć również uświadomienie życia, śmierci  i upływu czasu, tutaj gorycz niedojrzałych owoców – guguł.

Niektóre historyjki nie mają siły przebicia, choć czuć w nich autentyzm, tak jak niektórzy czytelnicy mogą nie uchwycić tej stylistyki, by przez pisanie o codzienności odkrywać niecodzienne. Wiolka w pierwszej osobie opowiada o swoich wrażeniach, czasem z naiwnością, czasem z zaskakującą dojrzałością. Niektóre jej myśli i przeżycia tak zaskakują, że brakuje słów – mnie zabrakło w dwóch momentach, musiałem się zatrzymać i pewne rzeczy przetrawić.

Parę dni temu byłem w ramach Festiwalu Dekonstrukcji Słowa „Czytaj” organizowanego w Częstochowie na czytaniu performatywnym Guguł. Skromna oprawa, na scenie dziewczyna z czytnikiem, w tle cichutko pobrzmiewają na żywo smutne melodie na fortepianie, z tyłu proste wizualizacje czarno-białych scenek z dzieciństwa. W tej oprawie dostrzegłem coś, co nie zwróciło mojej uwagi wcześniej – zostajemy zaproszeni do bardzo intymnego świata, otwieramy kronikę rodzinną, odczytujemy myśli dojrzewającej dziewczynki, potem dziewczyny, która opowiada nam o najważniejszych drobnostkach jej życia, a wszystko, co minęło, składa się z dykteryjek, przebrzmiałych okazji i szans na coś, opowiastek i chaotycznych wpisów w pamiętniku, zapisanych ołówkiem z połamanym grafitem, ze śladami gumki na kartkach. Tak to widzę, gdy zamykam oczy.

Podsumowanie:
Tytuł:
Guguły
Autor: Wioletta Grzegorzewska
Wydawca: Czarne 2014
Moja ocena: 7+/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję księgarni internetowej

logo_bonito

Related posts

14 thoughts on “„Guguły” – Wspomnienia zerwane z gałęzi…

  1. O, jednak na pierwszy ogień ze stosiku poszły „Guguły” :) Cienka książeczka, a tyle w niej emocji, prawda? Ja totalnie przepadłam w tej prozie, w jej surowości i kwaśności guguł.

    1. Secrus

      Czytałem właściwie po „Słonecznym winie”, ale recenzję musiałem napisać w pierwszej kolejności, nie dawała mi spokoju :) Tak, to prawda, idealny przykład na to, jak krótka forma, na którą składają się krótsze, hm… foremki może silnie działać na czytelnika, w niczym nie ustępując powieściom. Ta surowość w „Gugułach” przeplata się z ciepłem wspomnień, chociaż one nie mają wiele z sielanki i rozpływania się nad pięknymi czasami – to duży plus, że widzimy Hektary w stonowanych barwach.

      1. Rzeczywiście. Narratorka zdaje się przekazywać, że życie jest, po prostu. To jej nie było wybitnie złe, ani specjalnie dobre. Ot, było. Może to banalnie brzmi, ale jak to opisuje Grzegorzewska, to wcale nie czuję tego banału :)

        1. Secrus

          Tu nawet nie ryzykowałbym mówienia o życiu, a raczej szczegółowiej, o dzieciństwie – ono bywa tak oderwane od reszty naszych doświadczeń, że czasem myśli się o nim jak o innej rzeczywistości :) Ale wtedy też nie rozważa się w takich kategoriach, czy to, co zastajemy codziennie po obudzeniu się, jest dobre czy złe. Co do banału – o tak, łatwo o niego, gdy pisarz wciela się w młodą postać o innym odbieraniu świata. Tym łatwiej, gdy mowa o zwięzłych, anegdotycznych opowiastkach. A jednak autorka wyniosła to ponad banał, a nawet o wiele wyżej :) Za to słowa uznania.

          1. Tak, masz rację, raczej dzieciństwo. Tak to jest, jak się pisze komentarz chyłkiem w pracy ;) W każdym razie zgadzam się z Twoim komentarzem.

  2. Ciacho

    Tym razem lektura nie dla mnie. Nie lubię okresu PRL, w ogóle mnie nie interesuje i myślę, że nawet historia alternatywna od ulubionych pisarzy w tym okresie nie przekonałby mnie za bardzo. Ale wierzę, że dobra. :)
    Nie wiedziałem, że jesteś z Częstochowy. Ja tam niedaleko mam rodzinne strony: Być może znasz Truskolasy, niedaleko Kłobucka. :)

    1. Secrus

      Tego PRL-u jest tu niewiele, on sobie gdzieś w tle pogwizduje, bo realia muszą być zarysowane, ale nie wpływa bardzo na odbiór – chodzi o konkretne dzieciństwo, miejsce i osobę, rodzinę. PRL w „Gugułach” nawet w jednej piątej nie zajmuje uwagi, jaką np. nostalgiczny King obdarza Wietnam w swoich latach 60. ;) Książka dobra, jak najbardziej można dopisać do listy tych o dojrzewaniu i dzieciństwie, którymi ostatnio tak zażarcie się wymieniamy!
      Pewnie, że znam. Sam raczej nie bywam, ale mam kilku znajomych mieszkających w pobliżu. Najbardziej mi się kojarzy słynna Viva Truskolasy. Nie z autopsji :D

  3. Ciacho

    Ok, będę miał na względzie. Ale bardziej do wypożyczenia z biblioteki, jeśli się pojawi, bo to naprawdę średnio dla mnie. Tak sobie pomyślałem, że chyba jest tylko jeden autor ewenement, którego książka z tego okresu może wpaść do mojej biblioteki i ją sprawdzę, a pan ten się nazywa – Jacek Dukaj. :)
    Ta i pamiętna strzelanina. :) Vivę od dziadków mam na wyciągnięcie ręki. Ale też tylko przejazdem, nigdy tam jakoś nie byłem. Może z kuzynami się w przyszłym roku wybiorę, będę mieli w końcu 18-stki to może mnie wyciągną. :) Jeśli oglądasz piłkę to powinieneś znać Błaszczykowskiego, który jest z Truskolas.

    1. Secrus

      Dukaja jeszcze nie czytałem, ale wydaje mi się, że to taki autor, którego nie można sobie odpuścić :)
      Różne miejskie legendy i opowieści krążą o Vivie. Kilka z nich uświadomiło mi, że to nie miejsce dla mnie :D Ale rok osiemnastkowy jak żaden inny nadaje się do tego, by próbować nowych doświadczeń. Oglądam nie oglądam, ale Błąszczykowskiego oczywiście znam, studiował nawet (bo teraz chyba już nie…) na mojej uczelni :) Ma też brata z okolic i ten z kolei grał w jakiejś zakładowej lidze szóstek przeciwko mojemu bratu. Fajnie wiedzieć, że ludzie z takimi sukcesami – czy to pisarka czy piłkarz – pochodzą z pobliskich terenów.

      1. Ciacho

        Nie można. Albo inaczej, są osoby, które nie mogą go odpuścić, i Ty jesteś jedną z nich. ;)
        Nie miałem jakoś nigdy okazji tam jechać, bo też ja na ogół na wieś jadę rano i wracam wieczorem tego samego dnia. Ale nie jest to moim priorytetem życiowym, więc specjalnie jakoś nie przeżywam, że mnie tam jeszcze nie było. :P A z tamtych okolic był jeszcze Jerzy Brzęczek, też znany piłkarz.

  4. Mag

    Mnie też ujęło to, jak w krótkiej formie autorka pomieściła tyle emocji i pięknych obrazów. Grzegorzewska ma na koncie kilka tomików poetyckich i w jej prozie odbija się ten liryzm, co nie wszystkim poetom zabierającym się za prozę wychodzi. Krótka forma, a człowiek zdążył się w tych Hektarach zadomowić.

    1. Secrus

      Dokładnie tak, mimo tej fragmentaryczności w głowie i sercu zostają całe Hektary, a nie tylko pojedyncze sytuacje i miejsca. Poetyckie źródła są w „Gugułach” bardzo widoczne, ale ten liryzm w niczym nie przeszkadza narracji. Wręcz ją wzbogaca.

  5. […] Tramwaj Nr4 o „Gugułach” Wioletty Grzegorzewskiej: do poczytania TUTAJ […]

  6. Recenzja świetna, ale pierwsze zdanie drugiego akapitu chyba niezupełnie odpowiada prawdzie. Autorka wydała już wcześniej książkę http://lubimyczytac.pl/ksiazka/153617/notatnik-z-wyspy Chyba, że faktu, iż jest to w sumie memuar nie uznajesz, za „prozę” ;–)

Dodaj komentarz