You are here
Adrian (Secrus) Książka 

„Detektyw w krainie cudów” – Rewolwer, fajka i lupa…

detektywNieczęsto zdarza mi się recenzować eseje naukowe – prace dogłębnie analizujące jakiś temat, rodzące w bólach setki przypisów do książek i czasopism gruntownie przez autora przestudiowanych. U Cegielskiego ostatni odsyłacz oznaczony jest liczbą 453, niemal wszystkie przywoływane pozycje są publikacjami anglojęzycznymi. To mrówcza robota, która przynosi mnóstwo satysfakcji i której należy się szacunek. Tym trudniej poddawać ocenie taką pracę, jeśli w miejsce przekazywanych wrażeń i emocje stawia wiedzę – zazwyczaj jedną i faktograficzną, zaledwie przekazywaną w różny sposób. I o tej formie przekazu oraz tym, co u Cegielskiego można znaleźć i kto z tego znaleziska będzie zadowolony, spróbuję w krótkim wywodzie opowiedzieć.

Nasuwa się pytanie, skąd w tytule rozprawy o powieści kryminalnej „kraina cudów”? Profesor Tadeusz Cegielski (który poza osiągnięciami uniwersyteckimi może się też pochwalić publikacją dwóch autorskich kryminałów) wchodzi w rzeczywistość naukową, aby esej o kulturze popularnej, a w jej ramach fikcji detektywistycznej i samych detektywach, umieścić w kontekście wkraczania w nowoczesność. Stąd Carrollowska symbolika przejścia z Alicji w krainie czarów i stąd nawiązanie do pracy Alfreda Russela Wallace’a Wiek cudów, która podsumowywała osiągnięcia naukowe i techniczne odchodzącego stulecia. Ponieważ zaś przełom XIX i XX wieku to centrum czasów, o których mowa w książce, wybór okazuje się zrozumiały. Wydawać by się mogło, że zdecydowanie się na lata 1841 – 1941 znacznie okroi wydźwięk eseju, ale faktem jest, iż ten okres i ogrom nurtów literackich w nim zawartych na zawsze określiły obraz kryminału w świadomości czytelników. A jeśli ktoś sądzi, że Cegielski będzie mówił zaledwie o raczkowaniu gatunku, skoro pomija niecałe 100 lat jego rozwoju, niech dalej uznaje Holmesa za pierwszego detektywa zrodzonego ze słów, zaczytując się w skandynawskich bestsellerach ostatnich miesięcy.

Detektyw w krainie cudów to przede wszystkim synteza tego, co wielu autorów przed Cegielskim porozrzucało po innych publikacjach. Jeśli chcemy móc sięgać na półkę, aby przywołać jakiś fakt rozwoju literackiego kryminału, recenzowana książka będzie idealna, bo w zawartych w niej stu latach historii jest wszystko – zebrane w jednym miejscu, ale z zagadnieniami, które można jeszcze obszernie rozwijać. Ponieważ autor to dociekliwy naukowiec, dostajemy też wszystko, o czym wokół narodzin kryminału warto wspomnieć. Przeczytamy o początkach kultury popularnej w Wielkiej Brytanii, Francji i Stanach Zjednoczonych, rozwoju prasy, fotografii, widowisk, kinematografii itp., oczywiście w dużym skrócie. Poznamy życiorys ojca kryminalistyki – Vidocqa – początki Scotland Yardu i FBI, a w ich kontekście krótkie wzmianki o pierwocinach daktyloskopii, balistyce, drukarstwie i pierwszych kartotekach, co znakomicie zbuduje obyczajowe zaplecze wieku. Zostaną nam przedstawione proces serializacji literatury poprzez odcinkowe powieści w czasopismach oraz cechy ruchu wydawniczego XIX i XX wieku, dowiemy się sporo o pirackich, tanich seriach wydawniczych, broszurówkach i groszowych horrorach – tu z szeregiem określeń, których na co dzień się nie używa: yellow backs, penny dreadful, biblioteki kolejowe, paper-backs, three-deckers. O tych rzeczach moglibyśmy przeczytać w analitycznych pracach z dziedziny literatury popularnej, ale Cegielski przejrzał je za nas i wydobył to, co zaciekawi zarówno laików, jak i ludzi bardziej zainteresowanych tematem.

A przechodząc już do samego kryminału, nie mogło zabraknąć jego genezy. W książce Tadeusza Cegielskiego mowa o wielu gatunkach, które ukształtowały prozę detektywistyczną w różnych jej odmianach – jest powieść tajemnicy, powieść gotycka, literatura wiktoriańska, „casebooks” stories i masa innych genologicznych ciekawostek, które mieszczą się w „fikcji literackiej (FK) typu tajemnicy, a więc fikcji detektywistycznej (FD)”, jak wyjaśnia Cegielski. To bardzo obszerny temat rozpięty od detektywistycznych prób Poego (jeśli już pomijamy np. gotycyzm Walpole’a i parę innych zjawisk zapowiadających kryminał) do Chandlerowskiej literatury hard-boiled. W jego obrębie poznamy wiele faktów o książkach i autorach, których gdzieś tam może kojarzymy, ale nie za bardzo ich czytaliśmy. To zachęta, aby nadrobić, poznać i przekonać się – pomagają w tym długie rozprawy o Doyle’u i Holmesie, całe rozdziały poświęcone Agacie Christie czy fragmenty o pierwszych kobietach kryminału. Bo tak właściwie: co godnego uwagi, oddzielającego się grubą kreską od obowiązujących już schematów, zaistniało w drugiej połowie XX wieku i później? Jaki fenomen mógłby dorównać czerni konwencji noir czy podporządkowania literatury detektywistycznej Złotego Wieku hasłu whodunnit?

Niestety nie obyło się bez mniej optymistycznych akcentów, które odbierają przyjemność lektury Detektywa w krainie cudów. Książka jest najeżona, wypełniona po brzegi błędami redakcyjnymi i korektorskimi! Wiem, bo Korektor Morderca mi płakał nad uchem, załamał się, biedaczysko. Chciał o tym napisać, ale zrezygnował po 50 stronach – dokładnie wtedy, kiedy stracił rachubę w liczeniu potknięć interpunkcyjnych i literówek. Co dziwne, bo przy rubryce „korekta” widnieją dwa nazwiska! Śmiało mogę powiedzieć, i nie przesadzę, że na 350 stronach różnego rodzaju błędów znalazłbym blisko 200. Są rozmieszczone nierównomiernie – czasem kilka stron to perfekcyjna praca redakcyjna, a czasem w jednym dłuższym zdaniu roi się od byków. Oprócz tego w natłoku przywoływanych tytułów przydałby się jakiś słowniczek, który by tę wiedzę systematyzował. Jest tylko indeks nazwisk i postaci literackich, ale już omawiane książki trzeba sobie notować na marginesie, w notesiku czy gdziekolwiek. I jeszcze jedno, co raczej nie jest wadą, ale o czym warto wiedzieć – zdarzają się spoilery! Odnoszą się zazwyczaj do książek, które wg autora i tak każdy zna (lub powinien znać), ale jeśli Wy akurat macie największą klasykę wciąż przed sobą, to uważajcie, żeby nie nadziać się na informację, która odbierze Wam przyjemność z obcowania np. z Zabójstwem Rogera Ackroyda czy I nie było już nikogo.

Widać, że Cegielskiego pochłonął temat kryminału. Może dlatego nie czytamy tylko o autorach, ich książkach i nowych nurtach bądź gatunkach, ale poznajemy też kontekst obyczajowy i społeczny czasów i krajów, w jakich żyli kryminalni prekursorzy. Pisząc pracę licencjacką związaną z kryminałem, korzystam z tej książki bardzo często. Jest przeładowana fiszkami i karteczkami, a wyimki z niej walają się w zeszytach. I to największa zachęta, by po efekty pracy prof. Cegielskiego sięgnąć – jako kompendium wiedzy, skrupulatne i szczegółowe wprowadzenie do świata literackiego początku kryminału, jako dobre rozpoczęcie przygody z dziejami książkowej zbrodni.

Podsumowanie:
Tytuł:
Detektyw w krainie cudów. Powieść kryminalna i narodziny nowoczesności 1841–1941
Autor: Tadeusz Cegielski
Wydawca: W.A.B 2015
Moja ocena: 7-/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję księgarni internetowej bookmaster.com.pl

Related posts

5 thoughts on “„Detektyw w krainie cudów” – Rewolwer, fajka i lupa…

  1. Wciąż jeszcze przede mną, brak czasu chroniczny. Niemniej już poszczególne rozdziały przeczytane wyrywkowo sprawiły wiele frajdy. Cenię profesora od lat, jego kryminały też bardzo dobre.

    1. Secrus

      Kryminałów nie znam (jeszcze), po książkę sięgnąłem trochę z chęci, aby swojej wiedzy naukowej przy pisaniu pracy licencjackiej nie opierać wyłącznie na klasyce pokroju Siewierskiego, ale przede wszystkim z czystej ciekawości, która przerodziła się po prostu w dobrą lekturę ;) Cegielskiego można czytać w całości albo rozdziałami, w obu przypadkach dostarcza mnóstwo wiedzy i podaje ją lekko, jak kryminalną intrygę. W wolnej chwili polecam zagłębić się w całość eseju.

  2. karolina.ja

    Właśnie skończyłam czytać i z jednej stony: bardzo ciekawa, pełna owych dla mnie informacji książka, a z drugiej: im bliżej końca, tym bardziej mnie wytrącały z równowagi przerozne błędy. Wydawnictwo bardzo mnie pod tym względem rozczarowało.
    Zastanawia mnie, tylko, jaką książkę miał na myśli profesor pisząc o truciźnie w „Śmierci nad (sic!) Nielm”, bo jestem świeżo po ponownej lekturze „Smierci na Nilu” i nikt tam nikogo nie truł. ;)

    1. Secrus

      Zdecydowanie przydałoby się za jakiś czas wznowienie z nową korektą, bo aż szkoda, by ta książka już zawsze odpychała redaktorskim niechlujstwem. W.A.B raczej szlifuje swoje książki, widocznie tutaj brakło czasu bądź chęci.
      O tę drugą sprawę trzeba już chyba spytać profesora ;) Ja „Śmierci na Nilu” jeszcze nie czytałem, ale może w „Śmierci nad Nielm” faktycznie ktoś kogoś truje… ;p

  3. […] wypełniło kolorowymi karteczkami moje egzemplarze Weisera Dawidka, Białego kruka czy najnowszej publikacji Tadeusza Cegielskiego o kryminale), ale od jakiegoś czasu nałogowo FOTOGRAFUJĘ zauważone spostrzeżenia, czasem […]

Dodaj komentarz