You are here
Adrian (Secrus) Z zakurzonej półki 

[Z zakurzonej półki] „Wspólny pokój” bez wyjścia…

Image22

Zapraszam na zakurzony miesiąc z dwudziestoleciem międzywojennym! Dziś Zbigniew Uniłowski, a na przełomie lutego i marca jeszcze Józef Wittlin, Jerzy Andrzejewski i podwójny Bruno Schulz.

Początkujący prozaik Lucjan Salis wraca do Warszawy po półrocznym pobycie w Zakopanem, gdzie leczył gruźlicę. Ma 21 lat, chce tworzyć, więc zamieszkuje u starego kumpla po piórze, Zygmunta Stukonisa. Przez pokój, w którym przyjdzie im się gnieździć, przetoczy się wielu lokatorów: Dziadzia – pisarz-podróżnik, brat i matka Zygmunta, trzej studenci: agronomii, medycyny i prawa oraz dwie kobiety, Felicja Stodulska i Teodozja Mokucka. Dla tak wielu charakterów i osobowości, tak różnych postaw ideowych, może być w jednym pokoju za ciasno.

Powieść Uniłowskiego budziła w czasie premiery niemałe zainteresowanie – kierowała ostrze krytyki, niewybredny żart i głośny śmiech przeciw środowisku artystycznemu międzywojnia. Towarzystwo opisywane przez autora to pokolenie okolicy 1910 roku, skupione wokół warszawskiej grupy literackiej Kwadryga, a pod nazwiskami postaci kryją się prawdziwe sylwetki, co pozwala nazywać Wspólny pokój powieścią z kluczem. Będzie więc mowa o literatach, którzy albo figurują jeszcze dzisiaj w czytelniczej świadomości, albo zostali niemal zupełnie zapomniani. Lucjan Salis jest alter ego autora, Stukonis to Stanisław Ryszard Dobrowolski, Dziadzia – Stanisław Maria Saliński, a oprócz nich pojawi się też Sebyła, Szenweld, Flukowski, Gałczyński, Tuwim, Boye… i paru innych – sami pomyślcie, ilu z nich znacie i czytaliście. Najwięcej chyba dostaje się Kadenowi:

Tfu, jak ten szczeka. Załgany, zaśliniony karierowicz… gada, gada.*

Co mi ten Kaden zawinił, ani mnie ziębi, ani mnie grzeje; zasrany pisarz – to fakt, ale ma swoją grupę matołów, którzy go wielbią.**

Wszyscy wiemy, do czego służy wychodek. Kaden z uporem maniaka poucza nas o tym. Trzeba przyznać, że w całej jego twórczości widzi się tę niesłychanie energiczną zarozumiałość.***

O Skamandrze Michał Bove (Boye) mówi: ohyda, kilku sprytnych Żydków, handlujących wierszami. Klika****, ale Lucjan Salis (Uniłowski) odpiera ten atak, chwaląc Skamandrytów. Co ciekawe: klucz we Wspólnym pokoju istnieje tylko, gdy jakaś postać pojawia się w powieści, natomiast o jej twórczości bohaterowie mówią już bez tożsamościowych masek. Dlatego też chwali się wkład Tuwima w poezję polską, ale gdy przemknie obok Salisa w „Ziemiańskiej”, to jest już Tamwimem.

Zostawmy jednak podręcznikowe wtręty – Wspólny pokój to powieść o literatach, ale takich, więcej o pisaniu mówią niż faktycznie piszą, a pisanie, czyli chyba jedyną zjadliwą dla nich formę uczciwej pracy, zastępują towarzyskimi spotkaniami, bankiecikami, wyskokami na kieliszek czy dwa do kawiarni „Ziemiańska” – miejsca spotkań cyganerii warszawskiej – słowem: zajmują się zachlewaniem ryja, by następnego ranka cierpień na kacenjamer. Towarzyszy temu często międzywojenny ordynarny język, który odsłania gorzkie życie artystów i pustą codzienność, z jaką muszą się zmagać. Dochodzi do tego absurdalny humor – przecież mamy tu zdegenerowanych literatów, wiecznie pod wpływem czegoś: alkoholu, narkotyków, wątpliwej wagi natchnienia. Choć na początku taka forma bardzo wciąga, przecież dwudziestolecie międzywojenne to epoka, którą można portretować przebogato, to po pewnym czasie odczułem przesyt – tymi ludźmi, którzy dużo gadają, a nic nie robią, ich naiwnym odbieraniem świata i tą elitarnością, która zawiązuje się w momencie, gdy ktoś coś wyda, gdy czyjś wiersz gdzieś się ukaże. Do tego ten narracyjny brud, chęć pokazania symbolicznego pokoju w dzielnicy żydowskiej stojącej biedą i upadkiem człowieczeństwa przestaje intrygować, a zaczyna męczyć.

I byłoby tak zapewne do końca powieści, gdyby nie istotne rozwiązanie fabularne: nawrót choroby Lucjana Salisa. Znów ta obrzydliwa dosłowność i naturalistyczne obrazowanie zaczyna wciągać, gdy widzimy, jak dobrze Uniłowski poradził sobie z perspektywą umierającego na gruźlicę Lucjana, który od pewnego momentu powieści obserwuje osobliwości wspólnego pokoju z łóżka, pogrążony w letargu – czuć, jakbyśmy obserwowali te wydarzenia spod zaciemniającej obraz czarnej płachty. Wtedy dochodzą nowe czytelnicze doznania i próbując wcielić się w głównego bohatera jak najmocniej, naprawdę jesteśmy to w stanie zrobić. Wtedy też silnie oddziałuje autobiografizm Uniłowskiego, który wspomina w kilku fragmentach swoje traumatyczne dzieciństwo (naprawdę warto przeczytać!) i ciężką pracę w młodości. Zrobił więc autor ze swojego dzieła coś więcej niż powieściowy referat z kluczem w zestawie.

Zatem jest sobie ta powieść z kluczem, Wspólny pokój, która z atutów powieści z kluczem korzysta sporadycznie. Uniłowski przedstawia siebie i swoich kumpli z Kwadrygi, ale raczej nie jest to pozytywny obraz – czytamy o ludziach łamanych przez życie, ludziach może i utalentowanych, inteligentnych, ale nietuszujących tą inteligencją parszywych charakterków i niezbyt miłego usposobienia, wreszcie o ludziach przede wszystkim pijących, szwendających się po knajpach i piszących wiersze, z akcentem na dwa pierwsze zajęcia. Przez to wszystko trudno lokatorów wspólnego pokoju polubić i trudno wsiąknąć w ich życie towarzyskie, jak wsiąkało się z zapomnieniem w codzienność młodopolskich dekadentów. A jednak nie twierdzę, że książka powinna odejść w zapomnienie i nie być czytywana. Tym spojrzeniem plasuję się zapewne gdzieś pomiędzy pozytywną opinią Marlowe’a a słowami Beznadziejnie zacofanego w lekturze, który powiedział mi, że to słaba książka. Siedzę gdzieś pośrodku, delikatnie skłaniając się w stronę tego pierwszego – bo prozy Uniłowskiego słabą nie nazwę, ale szczególnie polecać też nie będę.

I takie słowa Lucjana Salisa vel Zbigniewa Uniłowskiego na koniec:

Nie chciałbym być czytanym przez samych rodaków, którzy by mówili, że mam serce płonące miłością do ojczyzny, że pragnę jak najlepiej i tak dalej. Serce Tomasza Manna też bije dla Niemiec, co mu nie przeszkadza być czytanym przez całą Europę. Te grzecznościowe nagrody Nobla dla Sienkiewicza i Reymonta niczego nie dowodzą, Diabli biorą, kiedy się weźmie do ręki współczesną książkę miernego nawet pisarza Niemiec czy Francji; od razu się czuje tę rasę, poziom, kulturę i te rzeczy tłumaczy się u nas, czyta się je, oni nie potrzebują robić tak jak my, żeby nasz Pen Club musiał płacić za wydanie w obcym języku jakiegoś Kadena czy cholera już wie kogo. Czy zastanawiałeś się, że poza paroma poetami i jednym Prusem nie mamy właściwie literatury? My nie zdajemy sobie sprawy, że artysta jest przede wszystkim dla świata, a potem dla narodu. (s. 177-178)

* Z. Uniłowski, Wspólny pokój, Warszawa 1988, s. 31.
** Tamże.
*** Tamże, s. 270.
**** Tamże, s. 183.

Podsumowanie:
Tytuł:
Wspólny pokój
Autor: Zbigniew Uniłowski
Wydawca: Książka i Wiedza 1988 (premiera: 1932)
Moja ocena: 6/10

Related posts

8 thoughts on “[Z zakurzonej półki] „Wspólny pokój” bez wyjścia…

  1. Fakt, „Wspólny pokój” nie jest zapierającą dech w piersiach prozą ale za to wynagradzają to smaczki związane z poznaniem „od kuchni” życia „szarej masy pisarskiej” w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a które w latach powojennych miało swoją szansę, co prawda „gimbazie” postacie bohaterów Uniłowskiego pewnie nic nie mówią ale nie ma co równać w dół :-)

    1. Adrian

      Nawet w szkole średniej o połowie z nich się nie mówi, trzeba poznawać samemu ;) Jako dokument „Wspólny pokój” jest naprawdę cenny, choć oczekiwałem jeszcze więcej smaczków i ciekawostek „ze środowiska”, a trochę ograniczało się to do tego, kto na kogo pisze i kto się z kim gdzie spotyka, co też podają podręczniki. Natomiast doceniam sylwetki pisarzy, bo tu faktycznie można się sporo dowiedzieć.

      1. To jednak tylko powieść środowiskowa, plotki wymagałyby trochę innej konwencji. „Za moich czasów” to jeszcze były nazwiska, które się rozpoznawało, o ile trochę się interesowało życiem literackim, dzisiaj wiadomo – to co najwyżej temat dla historyka literatury bo mamy swoje skandale – kto się z kim przespał i kto jakimi samochodem jeździ :-)

        1. Adrian

          Oj, przesadzasz z tymi skandalikami – kogo to tak naprawdę obchodzi :D A co do nazwisk, to któreś muszą zniknąć w przeszłości, żeby inne przetrwały. Zainteresowani epoką i tak dotrą, gdzie trzeba, pozostali niech chociaż kojarzą to, czym są karmieni w szkołach.

  2. Uniłowski jest specyficzny, ale to jest dobra książka, choć oczywiście nie ma tylu „smaczków” co choćby starszy o pokolenie Boy. Niemniej jednak na pewno warto. A poznać epokę można jednak lepiej z Kadena czy Nałkowskiej. Lektura ich książek, koncentrujących się raczej na polityce i społeczeństwie bardziej niż niewielkim w gruncie rzeczy światku artystycznym może również znacznie więcej nauczyć o tym, co stało się po 1989 roku. Niemniej jednak warto i Uniłowskiego znać.

    1. Adrian

      Zwłaszcza „Generał Barcz” Kadena pokazuje mechanizmy polityki, które można odnieść do czasów bardziej nam współczesnych; w kwestiach społecznych choćby właśnie Nałkowska jest dobra, aby poznać epokę. A Uniłowskiego warto czytać, bo można się nawet mile w pewnych momentach zaskoczyć.

  3. Przypomniałeś mi. Czytałam tak dawno, że muszę powtórzyć. MUSZĘ!

    1. Adrian

      Jak mi miło! ;) Ale nie ma wznowień, więc trzeba wygrzebywać swoje stare egzemplarze albo podreptać do biblioteki.

Dodaj komentarz