You are here
Adrian (Secrus) Z zakurzonej półki 

[Z zakurzonej półki] „Czarodziejska góra” – Notatki z pierwszego pobytu w „Berghofie”

Skoro tak trudno zacząć pisać o Czarodziejskiej górze, to z jaką skalą niemożliwego zderzył się Thomas Mann, gdy układał jej pierwsze słowa?

Tutaj pojęcia ulegają zmianie – mówi kuzyn Hansa Castorpa, Joachim Ziemssen, którego ten odwiedza w Międzynarodowym Sanatorium „Berghof” w uzdrowisku Davos, kurorcie dla chorych na gruźlicę. Pobyt Castorpa ma trwać 3 tygodnie, a trwa… znacznie dłużej. Te słowa były pierwszymi słowami Thomasa Manna, jakie przepisałem do swojego zeszytu Czarodziejskiej góry. Inicjalnymi, bo za nimi podążyły następne. Cytaty, ale nie tylko – bo także, a może przede wszystkim, krótkie notatki z każdego rozdziału. Co ciekawe, z żadną książką tak nie robiłem. Jeśli mówi się, że do wszelkich dzieł powinno się podchodzić z czystym umysłem, bez uprzedzeń czy poglądów nabudowanych obiegowymi stwierdzeniami, Czarodziejska góra przepadła z kretesem. Skoro postanowiłem ją kontemplować tak szczegółowo i uważnie, liczyłem, że zwróci mi po stokroć włożony w to wysiłek.

Ale wróćmy do tego pierwszego cytatu: Tutaj pojęcia ulegają zmianie – tutaj, czyli „tu na górze”, jak mawiają kuracjusze. Zmianom najosobliwszym ulegają czas, pogoda, społeczne konwenanse, wreszcie ludzie i ich poglądy. Zmianie ulegają ideały. Zmianie ulega też życie, przeradzając się w śmierć (choć „przeradzać się” wpełzło tu podświadomie, bo jak może stać tak blisko śmierci, gdy w jego obrębie kryją się „narodziny”?). To wszystko jednak mogliście już czytać – Czarodziejska góra wdzięczy się do każdego, kto chciałby ją rozgryźć, i została już zresztą zdrowo skolonizowana mądrymi myślami i słowami. A zatem nie będę kolonizował, ale zdam relację, z jakimi wrażeniami wróciłem z Davos. Choć… czy na pewno wróciłem?

Nie, wciąż tam tkwię. Jeszcze nie poznałem Naphty, bo przerwałem lekturę po pierwszym tomie. Wrócę do niej na pewno, gdy rzeczywistość dookoła mnie ponownie pozwoli mi poddać się magii czasu w „Berghofie”. Za kilka tygodni, miesięcy, może za pół roku. Na razie mam w głowie dnie w uzdrowisku, które mnie olśniewały, skłaniały do myślenia, czasem nudziły czy usypiały – rytmem powolnej codzienności, narracją szczegółu płynącą jak Leta. Co jednak zostało, to impresja, która przyćmiła nawet onieśmielający intelektualizm Manna, zdolny ogarnąć Europę w przededniu wojny – o czym przeczytacie wszędzie, gdzie mowa o Czarodziejskiej górze, tutaj więc tylko bardzo zdawkowo – w całej jej profuzji prądów myślowych, nurtów, idei i teorii. Impresja, bo bez niej i jej językowego podłoża intelektualizm by wyparował, stałby się niewidzialny i nieosiągalny. I właśnie takim powolnym wtapianiem się w odmalowywane „tam na górze” kształty i sylwetki codzienności jest dla mnie ta magiczna góra – nieścieralnym wrażeniem, przede wszystkim nim.

Pisałem, że rzeczywistość musi mi pozwolić ponownie wejść na Mannowską górę, abym sięgnął po drugi tom. Takie spojrzenie, trochę kokieteryjne, dobrze pokazuje, czym powieść Niemca jest – literaturą bardzo eteryczną, mistyczną, tkwiącą, jak jej bohaterowie, poza czasem, a więc i czytelnika w przestrzenie tego bezczasu wpychającą. A tam, wierzcie mi, nie można myśleć szablonami naszego świata. Piszę trochę naokoło, bo takie tez wrażenie sprawia pierwszy tom Czarodziejskiej góry – mniemam, że to przedsmak wielkich dysput filozoficznych, scen iście moralitetowych, którymi Mann wieńczy swoje dzieło. Na razie wszystko stanowi jakieś senne wezwanie, udziwniające nam ów pobyt Castorpa, czasem tylko pieczętujące je mocno problemowymi dyskusjami z Settembrinim (o związku choroby i głupoty, o wieloaspektowości życia i śmierci), bez których jeden z podgatunków Czarodziejskiej góry – powieść edukacyjna – nie mógłby się wypełnić.

Cały tom spowija temat cichego uwielbienia, zalążek miłości, który krąży i krąży, i eksploduje silnie a intymnie w dwóch warstwach czasowych – wspomnieniowej i obecnej. Tym, którzy nie czytali, nic więcej nie zdradzę. Dodam tylko, że będzie w tej książce jeden rozdział, którego nigdy nie opuszczę myślami. Będzie rozmowa (niejedna!), którą będę na nowo odtwarzał. Przerwałem swoją przygodę w półśnie, na surrealistycznym balu maskowym, który wpędził mnie do labiryntu mar przeszłości. Balu, który – nie boję się tego powiedzieć – pod względem oferowanych wrażeń mogę postawić obok balu u Wolanda z Mistrza i Małgorzaty czy balu kostiumowego z Wilka stepowego Hermanna Hessego. Miło tak tańczyć w pięknie literatury.

Tak jak w powieści panuje podział na „tam na dole” i „tu na górze”, tak samo każdą czytelniczą drogę można w kontekście książki podzielić podobnie – na literaturę poznawaną przed Czarodziejską górą i po niej*. Ja chyba właśnie lewituję we wspomnianym bezczasie, zatrzymawszy się w pół kroku. Ale nie narzekam – z dalekich gór dociera do mnie lekki powiew alpejskiego powietrza, za mną jeszcze majaczą światełka maskowego balu. Będzie strawa dla duszy i umysłu!

* Przesadzam, rzecz jasna. Przecież może Czarodziejska góra wynudzić i być rzucona w kąt po 50 stronach. Ale też trzeba wyczuć czas, kiedy do niej podejść, by nie porzucić. Albo porzucać i wracać do skutku, albo porzucić i nie wrócić – tak też można, tylko szczerze twierdzę, że nie warto się pobytu w „Berghofie” tak lekkomyślnie pozbawiać.


Nie pojmuję, jak można nie palić; kto nie pali, dobrowolnie pozbawia się, że tak powiem, najlepszej cząstki życia, w każdym razie wielkiej przyjemności! Budząc się już się cieszę, że w ciągu dnia będę mógł palić, a przy jedzeniu znów się na to cieszę, a nawet mogę powiedzieć, oczywiście z pewną przesadą — że jem tylko po to, aby później zapalić. (s. 63)

Czasu w ogóle nie ma „właściwie”. Jeżeli się komuś dłuży, płynie wtedy powoli, jeżeli przeciwnie, to upływa prędko, ale przecież nikt nie wie, z jaką szybkością biegnie w rzeczywistości. (s. 81)

A więc żegnaj. I dzięki ci. (s. 142)

Podsumowanie:
Tytuł:
Czarodziejska góra T. I
Autor: Thomas Mann
Tłumaczenie: Józef Kramsztyk
Wydawca: MUZA SA 2016 (premiera: 1924)
Moja ocena: ocenię całość

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję księgarni internetowej bookmaster.com.pl

bookmaster-logo2

Adrian Kyć

Related posts

8 thoughts on “[Z zakurzonej półki] „Czarodziejska góra” – Notatki z pierwszego pobytu w „Berghofie”

  1. Ech, to była moja lektura na studiach. Obowiązkowa. Niestety jestem z tych, którzy zastanawiają się, jak zachwyca, skoro nie zachwyca. Nie przebrnęłam, a potem czarowałam na kolokwium z treści. Chyba coś udało mi się wyczarować, bo nie pamiętam jakiejś spektakularnej porażki :) . Przez „Wilka stepowego” też ledwo przeszłam, ale czytałam jeszcze w liceum i być może do pewnych lektur trzeba po prostu dojrzeć.

    1. Adrian

      Bo to absolutnie nie jest książka do czytania na studia, do szkoły, na kolokwium, egzamin… nie po to, żeby przeczytać na dany termin i z jakiegoś obowiązku.Jeśli czas na lekturę byłby określony z góry, a „Czarodziejska góra” do pochłonięcia w całości, jestem niemal pewny, że też bym nie przebrnął i czarował na egzaminie (choć nie wiem, czy jestem aż tak dobrym magikiem ;)). Natomiast ten pierwszy tom czytałem z własnej woli, bardzo długo, bo chyba około czterech miesięcy, z długimi przerwami – bez tezy, pytań do treści w głowie itp., za to z zupełnym przekonaniem, że mierzę się z czymś wielkim. I dobrze na tym wyszedłem, podobnie jak Mann.

      A „Wilka…” czytałem też z własnej woli na początku studiów – tam również nie było mowy o jakichkolwiek problemach z przebrnięciem, nudy także za grosz – wchłonęło mnie bez reszty, choć niewiele jeszcze rozumiałem. W tym roku jest wznowienie, które zapewne przerwie kosmiczne ceny „Wilka stepowego” po kilkuletniej nieobecności na naszym rynku, a mnie da możliwość powrotu.

      Ale to nic, doskonale rozumiem, jakie bariery stawiają Mann i Hesse. Życzę, żeby kiedyś była chęć do ich przełamania i by to się powiodło ;)

  2. qbuspozera

    „Czarodziejska góra” to jedno z moich głównych postanowień literackich na ten rok. Ta recenzja umacnia me przekonanie, że sięgnąć po nią trzeba jak najprędzej. A odwołanie do Bułhakowa i Hessego to wisienka na torcie.

    1. Adrian

      Cieszę się, że do Ciebie trafiła – sam zastanawiałem się, czy dla kogokolwiek oprócz mnie będzie czymś więcej niż zlepkiem wrażeń, które trudno nawet nazwać recenzją. A co do postanowień, trzymam kciuki za ich realizację, zwłaszcza za to związane z „Czarodziejską górą”. Liczę, że na blogu pojawi się opinia.

      Gdy byłem na tym balu, Bułhakow i Hesse piorunem stanęli mi przed oczami. Zasadnie czy nie ;)

  3. bookiemonster

    Na szczęście przeczytałam ją sama, bez przymusu, bez narzuconego czasu na przeczytanie. Do dziś jestem zachwycona, choć od czasu jej przeczytania minęło kilka dobrych lat. I jest jakaś prawda w tym podziale na czytanie przed i po „Czarodziejskiej górze”, bo ta powieść wraca w innych lekturach. Skojarzeniem, myślą, emocją, nawet zapachem. Oczywiście większość tych filozoficznych, intelektualnych rozmów i rozważań z czasem się zaciera, ale potrafi też powrócić jako myśl zupełnie nowa, zaskakująca i dopiero po chwili łapiemy się na tym, że przecież to Mann nam ją zaszczepił. Ta powieść to właśnie taka góra, potrzeba czasu, by dotrzeć na szczyt i powiedzieć zdobyłem.

    1. Adrian

      A nawet zaryzykowałbym myśl, że po jednorazowym wdrapaniu się na nią „zdobyłem” byłoby nieszczere – należałoby kilka razy powracać i przechodzić ten szlak na nowo. Z wszystkim natomiast, co napisałaś, się zgadzam, nawet jeśli w jakimś stopniu idealizuję, znajdując się pod wpływem nie tylko samej lektury, ale też jej legendy.

  4. Ja co prawda nie porzuciłam, przebrnęłam, ale czas to nie był dobry – jeszcze w liceum. Jako dziewczę ambitne powiedziałam sobie, że takiego klasyka muszę znać, więc brnęłam dzielnie przez kolejne strony, choć te dysputy filozoficzne męczyły mnie okrutnie. Zdecydowanie to było za wcześnie. Dzielnie więc przymierzam się do powtórki.

    A co do tego Twojego planowanego powrotu, kiedy Ci znów rzeczywistość na to pozwoli – pamiętam, że dokładnie tak samo miałam z Proustem. Pierwsze dwa tomy przeczytałam w okresie, kiedy wolnego czasu miałam mnóstwo, i mogłam się tą prozą rozkoszować i w tym świecie pogrążyć, ale już w okolicach tomu trzeciego zaczął się bardziej pracowity dla mnie czas, i już nie było tej przyjemności. Uznałam, że kogo jak kogo, ale Prousta nie mogę skrzywdzić nieuważną, pobieżną lekturą, więc go odłożyłam i czeka na moment, kiedy będę mu się mogła w pełni oddać. Nie wiem, może jak nogę złamię, na bezrobociu wyląduję… czy coś :).

    1. Adrian

      O tak, ta złamana noga czy przymusowy urlop są zdecydowanie okolicznościami mannowsko-proustowskimi ;) I podpisuję się pod stwierdzeniem, że takich literatów lekturą piąte przez dziesiąte grzech krzywdzić, stąd Proust ciągle krąży w mojej codzienności w poszukiwaniu czasu. Szkoda, że na ten niepracowity, całkowicie wyzwolony czas z biegiem lat będę natrafiał coraz rzadziej, a do emerytury na panów Manna i Prousta (i kilku innych, na spółkę z paniami, do których się tutaj nie przyznam) nie zamierzam czekać.

      Mann w liceum, mówisz? Domyślam się, że ponowne czytanie będzie czytaniem zupełnie na nowo, pod wieloma względami tak jakby pierwszym.

Dodaj komentarz