You are here
Adrian (Secrus) Książka 

„Dom dzienny, dom nocny” – Dolnośląski sennik

Kiedyś uważałem, że drzemie we mnie pisarz. Wymyślałem historię i opowiadałem ją na papierze, ale pisarz chyba ciągle spał, bo jeśli otworzyłby choć jedno oko, pewnie robiłbym to lepiej. Gdy dorosłem na tyle, by nie wyciągać opowieści z próżni i nie wtłaczać ich bezmyślnie w narrację z początkiem i końcem, zaczęły do mnie przychodzić małe sytuacje – zupełnie ze sobą niezwiązane – zasłyszane i rozwinięte albo wymyślone, ledwie akapity jakichś monumentalnych powieści, które notowałem w prostych słowach, żeby nie uleciały. W międzyczasie mój pisarz się obudził i gdzieś sobie poszedł, a może tylko się schował. W każdym razie nie zaprzestałem spisywania. Kiedy czytałem Dom dzienny, dom nocny, miałem wrażenie, że z Olgą Tokarczuk było podobnie. Tylko że jej wewnętrzna pisarka pozostawała aktywna od dawna, a ona w pewnym momencie tylko podsunęła jej zeszyt z losowymi historiami, które kolekcjonowała przez lata. Pisarka miała nadać im piękną formę i zrobić, co się da, by mogły istnieć razem. Zbudować dom dla tych opowieści.

Domem okazała się Nowa Ruda na Dolnym Śląsku, ale o tym przeczytacie w każdej recenzji. Co druga powie wam jeszcze, że Tokarczuk mieszka w tamtych okolicach i stąd taki wybór. Cenne tropy, fakt, lecz Dom dzienny, dom nocny jest książką zbyt niesforną, by ciągle o nich przypominać. Przestrzeń realna istnieje tu przede wszystkim jako baza, w której autorka drąży przejście do przestrzeni onirycznej, poza światem, tytułowego „domu nocnego”.

Dzieło Tokarczuk to przedstawiciel polskiej literatury schyłku zeszłego wieku, lubującej się w tożsamości, przyciągającej tajemnicą człowieka przybyłego skądinąd albo tajemnicą miejsca, do którego przybywa. Tutaj centrum jest kobieta, a elementy podlegające poznaniu to mieszkańcy miasteczka, dzisiejsi i dawni, ich historie, dzisiejsze i dawne, oraz cała reszta, która umyka rozumowi. Pozostawieni na obcym terenie, poznajemy go tylko za pośrednictwem literackich miniatur rozrzuconych dość losowo. Niektóre to zaledwie filozoficzne mądrości o szkielecie anegdoty, inne rozciągają się niemal na całą książkę, poszatkowane na kilka części, jak losy pewnej świętej i życie pewnego zakonnika. Sensu całości nie uchwyciłem – może to jakaś wariacja na temat koncepcji domu onirycznego Bachelarda, może prosta próba udowodnienia metafizyki świata albo księga faktycznych postaci i historii zasłyszanych, które Tokarczuk chce zapamiętać literacko, otoczyć mitem i przekazać dalej – ale chyba nie po to autorka skupia treść na tak małych polach, by zabijać ich piękne formy wielkim znaczeniem, które objęłoby je wszystkie.

Wiem, że to trochę jak uciekanie od oceny książki. Trafiłem na głosy, że o Domu dziennym, domu nocnym mówi się przeważnie przymiotnikami, im pojemniejszymi, tym lepiej, a poza nimi zostaje pustka. Owszem, mówi się (że melancholijny, że oniryczny, że się można rozpłynąć w tej poetyckości), ale wartość poza emocjami też jest, choć mocno osobnicza. W końcu ten dom z pierwszego akapitu recenzji, jaki dla swoich historii zbudowała Tokarczuk, jest chybotliwy, lecz już jego mieszkańcy są zacni. Opowiadają Smutek tęsknoty za drugim człowiekiem, poszukiwania go w każdej twarzy mijanej na ulicy,  opowiadają Odrzucenie wygnańca, którego ciało po śmierci jest kopane, przerzucane z jednej ziemi na drugą, opowiadają Zagubienie w obliczu apokalipsy i Dyskomfort życia w ciele, którego się nie chce. Dużo i rozmaicie, prawda? Pod tymi migawkami kryją się rozdziały, które dają silne duchowe doznania, pamiętane na długo. Obok nich są gorsze pomysły, czasem bełkotliwe mądrości, przebiegane wzrokiem bez zainteresowania – takie na chwilę odbierają przyjemność z lektury i bywa, niestety, że robią to dość często.

Tokarczuk chce określić świat na nowo starymi wierzeniami, podporządkować się niezgłębionej stronie życia, dlatego rozbija opowieść na cząstki, wypełnia je obecnością metafizyki i wyższego planu. Dlatego tworzy pisarskie sny (nadrzędny motyw książki, powracający i przepisywany na nowo). Bo tak jak przy poznawaniu nowej społeczności sklejamy ją w naszej głowie z małych elementów – zdobytych danych, opowieści, pierwszych wrażeń – tak dom stawiamy cegła po cegle, by żmudną pracą z milionów części otrzymać całość. Pomysły autorki krążą po obrzeżach realizmu magicznego, ale jednak coś w nich jest, tchną jakąś wiarygodnością, skoro na forum, które odwiedziłem, ktoś pytał, czy sekta nożowników z Domu dziennego… naprawdę istniała, powołując się na rozdział książki, a ja musiałem się wewnętrznie upewnić, czy wszystko, co w jednym z opowiadań Tokarczuk napisała o Częstochowie, na pewno jest zmyśleniem. Było.

Trochę smutne, że po książce zostaną zapewne tylko pojedyncze historie i myśli. Pisarka ma do nich dryg, skoro chciałem poznać ich kontynuacje, a potem był zawód, gdy znikały na zawsze, ale to jednak wyłącznie jednostkowe fabuły, zadziwiające patenty na bohaterów i ich demony (o tym też tu nie pisałem, ale zerknijcie na jakieś teksty, w których recenzenci wyliczają motywy – wiele z nich olśniewałoby już w fazie samego projektu). Przez to Dom dzienny, dom nocny może być książką, powtarzam: może, którą czyta się wyśmienicie, ale potem niewiele z tego wynika. A to „potem”, jak przeczuwam, u mnie nastąpi nawet za miesiąc – już teraz czuję, jak treść szybko się zaciera. Dobrze, że w zamian rosną wrażenia estetyczne i znaki zapytania, przyciągając do ponownej lektury.

Ale może taki los większości literackich amalgamatów, które mają w sobie tak wiele historii, że raz po raz któraś staje się istotna, odsuwając pozostałe. A na koniec zostają jedynie te najznamienitsze, wymieszane jak sny po przebudzeniu. Tylko czy to z takim efektem ubocznym oniryzmu liczyła się autorka?

A to wszystko żyło – dołem szli ludzie, poganiali krowy, biegły psy, jakiś mężczyzna wybuchnął nagle śmiechem, zatrąbił samochód, wyżej człowiek z wiadrami pomachał im ręką, dym z kominów sunął w niebo, ptaki leciały na zachód (s. 128). – Ten fragment dobrze oddaje tempo lektury Domu dziennego, domu nocnego. Wybrałem go dlatego, że pojawia się w nieco zmienionych formach kilka razy, w różnych rozdziałach. Przy drugim czy trzecim powtórzeniu zwrócił moją uwagę. Zaciekawiło mnie, co to może oznaczać, jaki cel ma ten wspólny pierwiastek. Wiecie, co to oznacza?

Bo ja nie.

Podsumowanie:
Tytuł:
Dom dzienny, dom nocny
Autor: Olga Tokarczuk
Wydawca: Wydawnictwo Literackie 2016 (premiera: 1998)
Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję księgarni internetowej bookmaster.com.pl

bookmaster-logo2

Adrian Kyć

Related posts

8 thoughts on “„Dom dzienny, dom nocny” – Dolnośląski sennik

  1. Oj, uwielbiam tę powieść Tokarczuk. Pisałam licencjat o androgyniczności w „Domu dziennym, domu nocnym”:)
    Ale nie dziwię się zupełnie, że uważasz, iż po lekturze niebawem nic nie zostanie. Bo to powieść z która po prostu sobie płynie, jest niespieszna i właściwie może się wydawać, że do niczego nie prowadzi. Ale jeśli ma się na nią czas, interpretowania jest co niemiara:)

  2. Adrian

    O proszę, potrafię sobie wyobrazić porządną rozprawę o androgyniczności właśnie w oparciu o tę książkę ;) Skoro ją wybrałaś, musi być dla Ciebie ważna.
    Zauważyłem ten potencjał interpretacyjny, co dla tekstów o podobnej do „Domu dziennego…” konstrukcji świadczy właściwie o wygranej – bo z czasem chce się do nich wrócić i odświeżać treść. Poczyniłem nawet jakieś starania, by pewne elementy zgłębić, i to głównie je będę pamiętał, wyrwane z całości. A jeśli książka sprawia wrażenie, że do niczego nie prowadzi, to istnieje duża szansa, że z odrobiną zaangażowania można z nią dotrzeć bardzo daleko w różnych kierunkach :)

  3. Ta powieść jeszcze przede mną. Może sięgnę po nią szybciej.

  4. aniaom

    Ja uwielbiam tę książkę. Pełno w niej emocji, z pogranicza jawy i snu, jest drugie i trzecie dno, i może jeszcze kolejne. Pisałam zresztą o tej książce swój licencjat.
    I może treść na poziomie fabularnym się zaciera, to we mnie długo pozostały odczucia i przemyślenia, właśnie te emocje.

    1. Adrian

      Czyli jesteś już drugą osobą pod tą recenzją, która pisała licencjat o książce Tokarczuk. Olga nad Tobą też o tym wspomniała ;) Gratuluję.
      Do drugiego dna w niektórych miejscach dotarłem, głębiej na razie nie (ale wszystko z czasem, a jak wiadomo, czas na pograniczu jawy i snu się rozciąga). Natomiast co do odczuć i przemyśleń będzie ze mną podobnie.

  5. Nie da się ukryć, że Olga Tokarczuk to mistrzyni literatury onirycznej, która w bardzo refleksyjny sposób przedstawia to, co wydawałoby się zwykłe. Jest w tym jednak coś o wiele głębszego, co zmusza do zatrzymania się, skupienia nad czytaną książką, a potem długich przemyśleń, które pozostają z czytelnikiem nawet wtedy, gdy ten zamknie już tom i odłoży go na półkę. I może właśnie ten cytat to ta powtarzalna „zwykłość”, która jeśli uda się zwolnić, ma o wiele więcej sensu? Świetna recenzja – czytaliśmy z największą przyjemnością! :)

    1. Janek

      Adrian tak ma, pisze znakomicie i zdecydowanie zbyt rzadko :)

    2. Adrian

      Bardzo dziękuję za kilka miłych słów ;) I za wskazówkę w odczytaniu tego palącego powtórzenia również. Takie spojrzenie łączyłoby się z niezwykłym obrazowaniem zwykłości, które tu występuje, więc to tym ciekawszy trop. Muszę dokładniej zbadać miejsca w tekście, gdzie ten opis wraca.
      Przesyłam moc pozdrowień!

Dodaj komentarz