You are here
Adrian (Secrus) Z zakurzonej półki 

[Z zakurzonej półki] „Każdy, kto się wałęsa, myśli, że czegoś szuka. Przynajmniej na początku”

Uciekaj, Króliku! Biegnij, ile sił w nogach! Tytuł wydanej w 1960 roku książki Johna Updike’a nie certoli się z półsłówkami, ale woła wprost: „Uciekaj, bo ja, czytelnik, ci kibicuję”. Uciekaj od tej brudnej, zapijaczonej baby, od nudnego pożycia małżeńskiego, odrażającego materializmu mieszczan, od fatalnej pracy i codziennej monotonii, która staranowała wszystkie marzenia, kiedy skończyły się sportowe aspiracje i szkolne mecze koszykówki pod okiem trenera. Uciekaj, bo nic cię już tutaj nie czeka. Lecz choć tytuł na to wskazuje, wcale Harry’emu Angstromowi, czyli tytułowemu Królikowi, nie kibicujemy, co najwyżej możemy współczuć, choć to też byłaby z naszej strony emocjonalna hojność. Ale tak już jest z królikami, albo z niebieskimi ptakami jak z filmu Felliniego, pozostając przy tropie zoologicznym, że idą własną drogą, niewydeptaną i niekoniecznie słuszną.

Staje mu nagle przed oczami klasa, w której się o tym uczył, rzędy wrosłych w podłogę pulpitów, lakier pełen blizn, mleczna czerń tablicy i wzdłuż przejścia ciasne szeregi zadków usadowionych w alfabetycznym porządku. Oczy mu zapadają, patrzą bezmyślnie. W głowie bije przerażająco powoli jakiś zegar, miękkie, rzadkie uderzenia, jak odgłos fal na brzegu, do którego chciał dojechać. [s. 40]

Uciekaj, Króliku to już klasyczny przykład amerykańskiego neorealizmu dopisującego ważne akapity do motywu buntowniczej ucieczki od własnego środowiska. Tutaj ucieka życiowy przeciętniak Harry, mąż i ojciec uwięziony w pracy, której nie znosi, i  w domu z żoną niedającą mu szczęścia. To człowiek symbol wprost skrojony do tego, aby utknąć w amerykańskim konsumpcjonizmie lat 50., a jednak nieudolnie sprzeciwiający się swojemu pustemu życiu. Dlaczego nieudolnie? Bo Królik to przygnieciony uwznioślonymi wspomnieniami mężczyzna, który mimo wieku wciąż chciałby nosić krótkie spodenki. I choć lubi się w literaturze takie charaktery – tych bujających w obłokach marzycieli, którzy rozpamiętują, jak kiedyś było wspaniale i jacy cudowni byli oni – to Angstrom jest osobowością na NIE, nieodpowiedzialnym lekkoduchem, który nawet gdy ucieka, nie potrafi zrobić tego dobrze. Mówię o pierwszej, instynktownej dezercji samochodem przez Amerykę, która kończy się bezsensownym powrotem do miasta, ale nie na łono rodziny, lecz w objęcia kochanki, spotkań z małolatami, wspomnień z college’u, dni upływających na bezrefleksyjnym i bezsensownym odtwarzaniu mityzowanej młodości. Oto Królik – człowiek, który w rozmowie z pastorem cytuje Jimmy’ego Myszkietera z kreskówki.

Wiatr wydyma w jego stronę firanki z wyblakłego kretonu w groszki; ich przezroczysta tkanina delikatnie się napina, gdy Królik sztywnieje przejęty jeszcze piękniejszym wspomnieniem: domu, kiedy był dzieckiem, szelestu niedzielnych gazet w przeciągu na podłodze, po południu, i matki pobrzękującej w kuchni garnkami; kiedy skończy, zabierze ich wszystkich – tatę i jego, i małą Miriam – na spacer. Z powodu dziecka nie pójdą daleko, parę ulic, może do starej kopalni żwiru, gdzie znajduje się zamarzająca w zimie sadzawka, teraz rozlany staw na kilkanaście centymetrów głęboki, który podwaja wysokość brzegów odwróconym odbicie skał w sowim przepastnym lustrze wody. Ale wystarczy zrobić jeszcze parę kroków dalej wzdłuż brzegu, a pod innym kątem odbija się w wodzie słońce; znika złudzenie odwróconych skał, przesycona światłem powierzchnia stawu wydaje się nieruchoma jak lód. [s. 96]

Po lekturze doszedłem do wniosku, że Updike odmalowuje świat zdziecinniałych, niedojrzałych dorosłych i to na tym kontraście, na tym niedopasowaniu buduje historię. Królik nie nosiłby w sobie ani pierwiastka tragiczności, gdyby tylko on spośród bohaterów był wybrakowany i tylko on nie potrafił się odnaleźć w swojej roli męża i ojca, ale tutaj każda osoba jest nie tyle niedoskonała, ile zagubiona, wyprana z ambicji i skazana na porażkę, każda ucieka, choć mniej ostentacyjnie niż Królik. Dzięki temu Harry wkomponowuje się w mocno satyryczny, doprawiony pikantnym humorem przekrój małego środowiska ludzi poddawanych introspekcji z gorzkim komentarzem na temat obyczajowości Ameryki. To jak u McCullers, ale tam rządziły smutek i refleksja, a tu na przekór wszystkiemu jest bezpośredni w języku i spostrzeżeniach, czasem wulgarny Updike, który szczerze nie znosząc Królika i jednocześnie z lubością rozbierając go na setki elementów, stoi z boku, daje czytelnikom Angstroma do osądu i z uporem próbuje udowodnić, że choć życie jego bohatera jest czarno-białe, to szczeniackie decyzje Królika nie mają nic z czerni ani bieli. Dzięki manipulacji emocjami, jakiej dopuszcza się autor, gotów byłem nawet Harry’emu współczuć.

Czasem wrzask i blask boiska bladł w oczach piekących od potu i zjawiało się oczekiwanie ostrożnych pieszczot pod szarym pikowanym dachem wozu, a gdy już się tam znalazł, wspaniały triumf wygranego meczu odbijał się na jej spokojnym ciele, wraz z cieniami rzucanymi przez strumienie deszczu na przednią szybę. I dwa rodzaje triumfu jednoczyły się w jego umyśle. [s. 199]

Zarzuty wobec Uciekaj, Króliku często dotyczą bohaterów i ich parszywej egzystencji – pisze się, że ich kolejne wybory i zachowania są irytujące w stopniu odbierającym przyjemność z lektury – ale czy można w takim układzie z większym powodzeniem opisać zmarnowane życie? Patrzenie na tę książkę zero-jedynkowo równa się niedokładnej lekturze – postaci Updike’a nie są jednoznacznie złe lub obrzydzające, tu działa jakaś pośredniość uruchamiająca poczucie beznadziei. Rozumiem, że Królik może przez większość powieści złościć, mnie też chwilami rozstrajał nerwy, ale to tego rodzaju książka. Tak samo jak to tego rodzaju książka, która kończy się inną książką – tak różna jest ta opowieść widziana z dystansu od swojego początku i większości rozdziałów na gorąco. Zmienia się w inną książkę, kiedy przychodzi czas podsumowań, kiedy następuje punkt kulminacyjny i do kwartetu Updike’owskich tematów – SEKSU, RELIGII, TOŻSAMOŚCI i AMERYKI – dochodzi piąty, czyjaś ŚMIERĆ, która szokująco rozbija tę historię od środka. Coś podobnego umie John Irving, zresztą wierny spadkobierca niektórych aspektów literackości Johna Updike’a.

Gdy zaglądają do pawilonu gier, odgłos uderzeń piłki o sufit i stuk warcabów budzi echo w pamięci, powiew wiatru przynosi zapomniany zapach owej plastykowej wąskiej taśmy, z które wyplatało się bransoletki albo sznurki do gwizdków, zapach kleju i potu na uchwytach przyrządów gimnastycznych, zaprawiony szmerem dziecięcych głosów. Prawdą jest, że to coś, co zniknęło z jego życia, zniknęło nieodwołalnie; na nic wszelkie szukanie, żadnym lotem tego nie dogoni. To coś było tu, poza miastem, w zapachach i głosach, które na zawsze znalazły się poza nim. Pełnia życia mija, kiedy dajemy Naturze okup, jakiego żąda, kiedy robimy dla niej dzieci. Wtedy natura już nas nie potrzebuje, stajemy się – najpierw wewnątrz, a potem z zewnątrz – śmieciem. Łodygą kwiatu. [s. 225]

Uciekaj, Króliku w tłumaczeniu znakomitej Ariadny Demkowskiej-Bohdziewicz to świetna literatura także pod względem formy. Język, jakim operuje Updike, mieści się w wielu stylach, do których przywiera i od których odbija się bardzo dynamicznie. Książką rządzi realizm, który skręca w stronę bezkompromisowego słownictwa i naturalizmu (gdy kobietę nazywa się choćby „białą maszyną do wylęgania” albo mówi się o „bebechowatym” charakterze chrześcijaństwa), w stronę ładnej literacko narracji nostalgicznej (jej próbki wrzucam do tego tekstu – Królik byłby dumny z takiego wyboru), a nawet chaotycznego, pijackiego bełkotu na pograniczu jawy i snu. Choć konstrukcja opowieści może odrzucać, równoważy to przyciągająca uwagę warstwa językowa, po autorsku kąśliwa i drobiazgowa.

Na rogu, na przecięciu ulicy Wilbura z aleją Pottera, sterczy w półmroku skrzynka pocztowa wsparta o betonowy słupek. Wysoka rozgałęziona tablica z nazwami dwóch ulic, słup telefoniczny ze śladami słupołazów wznoszący swoje izolatory aż pod niebo, hydrant jak złoty krzew: cały gaj. Strasznie lubił wspinać się na takie słupy. Z podstawionych ramion kolegi człowiek dźwigał się w górę, by sięgnąć rękami wystających prętów, i potem jeszcze wyżej, tam gdzie słychać, jak druty śpiewają. Ich śpiew był przerażającym, nieruchomym szeptem. Zawsze kusił człowieka, żeby puścić twarde pręty i poczuć na plecach, jak przestrzeń ciągnie za nogi w dół i siada ci na kręgosłupie, gdy padasz. Pamięta, jak piekły w dłoniach drzazgi wbite pod skórę, gdy był już na szczycie. Pamięta wsłuchiwanie się w te druty, jak gdyby można było usłyszeć, co mówią ludzie, czym jest cały ten tajemniczy świat dorosłych. Izolatory jak wielkie niebieskie jaja w gnieździe wiatru. [s. 19]

Trzeba też powiedzieć, że tempo powieści odbiega od dzisiejszych standardów, książka obfituje w dłuższe niż trzy zdania opisy; czytałem ją bardzo, bardzo długo, bo przez Uciekaj, Króliku się brnie, ale ja dobrnąłem do miejsca, którego się nie spodziewałem – do literatury zadziwiająco wysokich lotów. W odbiorze powieści Updike’a pomaga długa polekturowa refleksja, zmywająca przyciężki klimat całości. Wtedy odsłania się rząd atutów, który książka przy bliskim kontakcie zasłania.

Przygnębiająca, smutna historia ludzi, którzy tak bardzo sobie nie radzą.

Niektórych rozdziałów słuchałem w interpretacji Leszka Teleszyńskiego – niebywałe, jaki nastrój stwarza jego głęboki głos razem z powolnym, prostym czytaniem. Uciekaj, Króliku staje się jeszcze sugestywniejsze!

O Uciekaj, Króliku możecie także przeczytać u Michała na DobrachKomplementarnych (i nie tylko o tym – więcej tam świetnych tekstów pisanych z pasją).

Podsumowanie:
Tytuł:
Uciekaj, Króliku
Autor: John Updike
Tłumaczenie: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Wydawca: PIW 1988 (premiera: 1960)
Moja ocena: 8/10

Adrian Kyć

Related posts

11 thoughts on “[Z zakurzonej półki] „Każdy, kto się wałęsa, myśli, że czegoś szuka. Przynajmniej na początku”

  1. Adrianie, pozwolę sobie teraz krótko skomentować, bo dzień był ciężki, a i paliwa w baku tyle co nic. Ale wiedz, że jestem niezwykle kontent, że o mnie pamiętałeś. Chylę czoło przed Twoim tekstem i jutro na pewno obszerniej się do niego odniosę. Cieszę się też, że pojawiła się u Was ta pozycja, a my mamy o czym dyskutować. Dziękuję i do usłyszenia! :)

    1. Adrian

      Staram się polecać to, co dobre – zarówno jeśli chodzi o książki, jak i ich recenzje w blogosferze, a Twój tekst o „Uciekaj, Króliku” zdecydowanie taki jest ;) Zresztą zostawiłem też u Ciebie parę słów na jego temat, więc zajrzyj, jak już odpoczniesz.
      Pozdrowienia!

      1. Tak, byłem u siebie i widziałem ;) Ale najpierw, zgodnie z obietnicą i kończącym się limitem dobowym, musiałem pojawić się ponownie tutaj. Do siebie wrócę jutro i z przyjemnością (tam) Ci odpiszę ;) PS. Tak się złożyło, że dziś też był ciężki :)

        1. Adrian

          W takim razie czekam!
          I jeszcze tylko à propos postscriptum: tak przypuszczałem po porze, o jakiej napisałeś ;) A że już późno, to bliżej rozważę Twój komentarz poniżej już jutro.

  2. Czytałam kilka lat temu. Chwilami było mi szkoda Królika, bo jednak ta jego żona była okropna – nadużywała alkoholu, nic pożytecznego w domu nie robiła, bez końca oglądała telewizję. Zdaję sobie sprawę, że trudno wytrzymać z taką kobietą. Rozumiem powody ucieczki. Jednak nie mogłam darować bohaterowi, że zostawił dziecko pod opieką tak nieodpowiedzialnej osoby. Jeśli się ma małe dzieci, jest za późno na ucieczkę. Uciec w takiej sytuacji to zachować się bardzo podle wobec bezbronnego dziecka. Dla mnie była to książka głównie o braku odpowiedzialności.

    Updike to autor nierówny. Powieść o Króliku wywarła na mnie wielkie wrażenie, zaś „Rzecz o Bechu” uznałam za nudziarstwo. :)

    1. Adrian

      To prawda, dlatego też uważam, że bohaterowie Updike’a nie są tak oczywiści, jacy się przy pierwszym kontakcie wydają. Mam wrażenie, że żona Harry’ego jest jeszcze negatywniejszą postacią niż Królik, choć nieodpowiedzialności Królika nic nie usprawiedliwia. I właśnie o tej nieodpowiedzialności musiałem choć wspomnieć w recenzji, bo wydaje się, że ona jest tematyzowana na każdym kroku, u każdej postaci i w każdym z tych pięciu tematów, które raczyłem wykrzyczeć wersalikami :) Janice (musiałem zajrzeć do książki, by przypomnieć sobie jej imię) była okropna, a choć nie określiłbym takim samym epitetem Harry’ego, to oboje nie zasługiwali na to, by być rodzicami.

      Niektórzy też cykl o Króliku mają za nudziarstwo, więc sądzę, że ta kwestia u Updike’a jest płynna. „Rzeczy o Bechu” nie planuję czytać, coś o niej słyszałem i raczej nie były to pochlebne opinie, ale przymierzam się powoli do „Centaura”.

  3. Updike nie znosi (swojego) Królika, który nawet uciec porządnie nie potrafi – tak, właśnie tak! :)
    Widzę tu analityczny tekst czyli to, co sam lubię i staram się nieustannie u siebie zasiewać.
    Cieszy mnie też, że tak bardzo zgadzamy się co do oceny samego Królika oraz innych bohaterów. Natomiast u mnie przeciążenie, o ktorym wspomiansz w nieco innym kontekście, objawiało się już w trakcie lektury za sprawą tych ciężkawych i długich opisów, a nie, jak u Ciebie po skończeniu książki.
    Z tego, co zauważam, różnimy się – mniej lub bardziej – w dwóch kwestiach. Po pierwsze, czytając Twoją myśl „Królik nie nosiłby w sobie ani pierwiastka tragiczności, gdyby tylko on spośród bohaterów był wybrakowany i tylko on nie potrafił się odnaleźć w swojej roli męża i ojca” jakiś niewidoczny, ale głośny podszept w głowie każe mi lekko zaoponować. Odnoszę wrażenie, że Królik otrzymał od losu abonament na tragiczność, a to, że inni wokół też są jemu podobni to – jak mniema – bardziej już (świadoma) zasługa Updike’a, bo przecież mógł pójśc na łatwiznę i wszystkich wybielić, przesunąć suwak kontrastu do maksimum. Ale nawet gdyby to się stało, wierzę, że Królik nadal byłby doskonale „króliczy” i nadal potykałby się żałośnie, oślepiony sąsiedztwem doskonałości. Po drugie, nie przypominam sobie, żebym jakoś wyjątkowo długo albo szybko czytał tę książkę – pod tym akurat względem niczym się nie wyróżniła. A co więcej, u mnie ta „polekturowa refleksja” nastapiła – albo raczej rozpoczęła się – już pod koniec lektury, tak że odkładając książkę miałem głowę pełną myśl.

    1. Adrian

      Bo ileż można pisać to samo co wszyscy, powtarzając podobne zdania za pomocą innych słów. U Ciebie zasiewy zawsze na wysokim poziomie ;)
      U mnie ta „polekturowa refleksja” likwidowała przyciężki klimat, który był obecny przez większość książki, choć fakt – nie dotyczył on akurat długich opisów, bo tymi Updike mnie kupił. Po skończeniu książki były natomiast duże wrażenie i rozmyślanie nad tym, co właśnie przeczytałem.
      Muszę przyznać, że w dużej mierze zgadzam się z tym, co napisałeś w pierwszym punkcie, zwłaszcza ze spostrzeżeniem, że to kwestia zastosowania lub nie przez Updike’a kontrastu. No i Królik rzeczywiście należy do osób, które nawet gdyby miały wszystko, i tak to wszystko by im śmierdziało, a one i tak powtarzałyby hardo, że inni mają lepiej albo – co jeszcze pewniejsze – dawniej było lepiej. Co do tej tragiczności, miałem szczególnie na myśli żonę Królika, Janice, której zachowanie właściwie jest główną przyczyną tego tragizmu, od którego chce uciec Harry. Bo gdyby jedynie on był zły, niepoprawny i niedostosowany, ucieczka byłaby tylko kaprysem (no bo jak uciec przed samym sobą? Kaprys i nic więcej), a skoro jest fatalna żona, od której młody mężczyzna w Króliku aż garnie się, by wiać, to mamy sytuację niejednoznaczną i choćby przypuszczenie usprawiedliwienia. Ale to prawda, że gdyby Królik nie nosiłby w sobie tragiczności, to czułby obowiązek wymyślenia sobie jej :) I nadal byłby „króliczy”.
      Mnie też poważniejsze, bardziej ułożone przemyślenia dopadły jeszcze podczas lektury, ale stworzenie z nich całego własnego obrazu książki to już zasługa przepracowania sobie pewnych wątków na chłodno.

      1. To ja dodam tylko, że żona Królika to strasznie odstręczająca postać! Dlatego, przyznaję, nie myślałem o niej za wiele, nie analizowałem. Dopiero teraz, na chłodno, i przy okazji Twojej recenzji, ujrzałem pełniejszy obraz sytuacji. Co do wątku mąż-żona masz całkowitą rację. To też mocny argument za wybieleniem nieco naszego nieszczęsnego Królika ;)

  4. Bardzo ciekawa recenzja. Mam jednak pytanie – dlaczego nie spodziewałeś się, że będzie to literatura wysokich lotów?

    1. Adrian

      Dzięki. Literaturą wysokich lotów „Uciekaj, Króliku” było od początku, tak zresztą jak się spodziewałem, ale w pewnym momencie książka mnie zadziwiła i okazała się zadziwiająco wysokich lotów ;) A zadziwiła też dlatego, że ten moment nastąpił bliżej końca, kiedy miałem już dobrze wyrobioną opinię o powieści i nie przypuszczałem, by jakaś fabularna czy stylistyczna decyzja autora mogła ją zmienić. Mam wrażenie, że mogłem to ująć jaśniej, bo z tekstu wynika, że książka dopiero od pewnego miejsca jest wyjątkowa, a przecież chodzi o moment, który wpływa na odbiór całości.

Dodaj komentarz