[Z zakurzonej półki] Kolejny antyklasyk…

huxŚwiat w siódmym stuleciu Ery Forda nie pamięta wolności. Pozbawia się tym samym wynikających z niej korzyści, ale też bólu, cierpienia, odrzucenia i strachu. Na rozwój człowieka wpłynął przemysł naukowy, mądre głowy stworzyły system, w którym obowiązuje jednolitość i bezuczuciowość, oraz opracowały plan chroniący ten stan rzeczy. Populacja została ustabilizowana, produkcja masowa wtłoczona w prawa biologii, społeczeństwo poddane standaryzacji. Natura zastąpiona przez ludzką wynalazczość, człowiek o nieuniknionym przeznaczeniu społecznym. Aby idylla nie zaczęła szwankować, działają Państwowe Ośrodki Warunkowania, które wychowują dzieci w pełnej kontroli ich życia. Pawłow eksperymentował na psach – u Huxleya psami są młodzi ludzie, warunkowani elektrowstrząsami. Neopawłowowska koncepcja kreuje wychowanie oparte na hipnopedycznych mądrościach – garści fraz wpajanych przez sen, na których opiera się jeden właściwy światopogląd. Proces bokanizacji tworzy w miejsce jednego człowieka 96 identycznych jednostek, a wszystko podlega głównej zasadzie Nowego wspaniałego świata: WSPÓLNOŚĆ, IDENTYCZNOŚĆ, STABILNOŚĆ!

Znów biorę się za coś, co obrosło zbyt dużą legendą, by komukolwiek musieć to polecać. Pisałem już o Burgessie, Lowry i Goldingu – jakoś poszło, ale klasyczności Huxleya bliżej do Roku 1984 niż Władcy much. Opisywany autor stworzył swoją antyutopię po Zamiatinie, a przed Orwellem, był zatem jednym z pionierów antyutopijnych XX-wiecznych ideałów, rozwijających zamysł XVIII-wiecznych niszczycieli utopii. Stojąc przed monumentem, można mu się poddać lub wejść w polemikę. Pierwsze nie przystoi recenzentowi, drugi stawia go w pozycji przegranej. Wypróbujmy więc postawę pośrednią, najprostszą – podobało mi się to czy nie?

Cała wizja książki opiera się na totalnej władzy nauki, więc u Huxleya nie może być mowy o częstym błędzie gatunku – niedookreśleniu świata i jego genezy. W tym wypadku akcja zaczyna się aż nazbyt rzetelnie, bo długą i wyczerpującą sekwencją oprowadzania studentów po Ośrodku Rozrodu i Warunkowania. Otrzymujemy przytłaczającą niemal wiedzę w sposób suchy, a przez to bardzo uderzający. Dowiadujemy się większości faktów o kondycji świata ze słów dyrektora placówki, dla którego to nuda i rutyna. A jednak ma to swój cel – autor woli przeprowadzić nas przez swoją skomplikowaną przyszłościową wizję, by po tym nie przerywać porywającej historii dziejącej się w jej ramach, egzemplifikującej już tylko mechanizmy, które mają wpływ na życie bohaterów, na ich historię. Tutaj otrzymujemy pewne standardy: utopijna konstrukcja wymaga tego, by pojawiły się jednostki odrębne, z bardziej niż u innych rozwiniętą indywidualnością, i by wokół nich toczyła się akcja wypełniona elementami moralnej gry z konwencją.

Tutaj naturalnym spoiwem dla jednostki wyjątkowej, chcącej odmienić stan rzeczy, i tej, na którą pragnie wpłynąć (mężczyzna i kobieta, a jakże!), jest rozumiana różnorako miłość, uczucie – skrajnie jednostronne. W świecie Huxleya bowiem każdy należy do każdego, seks to zabawa uprawiana dobrowolnie i bez konwenansów, nie ma stałych partnerów i ślubów, od złości i złych nastrojów uwalnia narkotyk, zbliżający ludzi bez nutki krępacji, a jedynie z szanowaniem granic kastowej społeczności. Jeśli więc otrzymujemy dwie postaci: mężczyznę widzącego w tym nieprawidłowość i kobietę poddaną w pełni systemowi, w której ten się zakochuje, akcja przybiera formę niebanalnej love story. Tak naprawdę to książka o ludziach – ich wzajemnych relacjach, osamotnieniu i uczuciach. Huxley porusza problemy, które można znaleźć w średnio ambitnym romansidle i literaturze młodzieżowej, ale osadza te dylematy w konwencji uwznioślającej je, windującej do rangi przeżycia. Gdy w dalszym etapie fabuły do „świata idealnego” dostaje się Dzikus z niecywilizowanej głuszy (a więc czegoś na wzór codzienności z naszego życia, tyle że w warunkach ubóstwa i brudu), historia nabiera tempa, bo jakikolwiek scenariusz musi odkryć finał, który z reguły nie zadowoli każdego.

I tak dobiegamy do końca recenzji, a ja dziwię się, że wyszła z niej przede wszystkim pochwała. Bo jednak Nowy wspaniały świat, choć dostarczył mi mnóstwo wrażeń i nierzadko zatrzymywał w skupieniu nas losami postaci, to nie sprawił, bym myślał o nim przez następne tygodnie (czytałem jakiś czas temu, więc mogę to stwierdzić). Bogdan Baran nazwał tę książkę „powieścią idei” i choć dziś już takie wizje nie oszałamiają, ta Huxleyowska coraz bardziej dociera do nas w swym przerażającym realizmie. Trochę szkoda, że warstwę czysto fabularną zbudowano na prostych założeniach, a wykreowany świat nie burzy losów postaci intensywniej, dramatyczniej i z większym oddziaływaniem destrukcyjnym. Może też zabrakło w głównych bohaterach charakteru?

Mimo to Nowy wspaniały świat ma w sobie coś, co pozwala rozbudzić intensywną refleksję, czy na pewno szczęście, jakie społeczeństwo otrzymuje na drodze sztucznego warunkowania, nie jest lepsze od cierpień i wojen. Czy aby na pewno nieprawidłowe jest zapewnianie ludziom wiecznej radości kosztem wolnej woli? Nie wiem, myślę. I chyba to było głównym zamierzeniem Aldousa Huxleya, byśmy się zastanowili, czy słowa z tytułu powieści bezwzględnie należałoby traktować jako ironię. A książkę, choć nie podburzyła mnie wewnętrznie, tak jak tego oczekiwałem, polecam. Zwłaszcza że te klasyczne utopie w formie anty- i dys- nie są literaturą, która w jakiś sposób ogranicza grono odbiorców – to przekaz dla wszystkich ludzi, i to jest najpiękniejsze.

Podsumowanie:
Tytuł:
Nowy wspaniały świat
Autor: Aldous Huxley
Wydawca: Wydawnictwo Literackie, 1988 (premiera: 1932)
Moja ocena: 7/10

12 komentarzy Dodaj swoje
  1. Kolejna klasyka, którą na pewno powinnam poznać. Z tego co czytam to protoplasta dzisiejszych antyutopii, szczególnie w ostatnich latach powstających jak grzyby po deszczu. Muszę sobie zrobić listę lektur z klasyki, które powinnam poznać.

  2. Mnie „Nowy wspaniały świat”, mocno trzepnął kiedy czytałam go po raz pierwszy, znaczy się gdzieś w ogólniaku, czyli lata świetlne temu. Potem czytałam go jeszcze parę razy, bo omawiam ze studentami na zajęciach, i zaczęłam widzieć pewne mankamenty – w warstwie fabularnej właśnie. Jednak, ta książka nadal stoi wysoko na mojej liście – nie zestarzała się, nadal pozwala popatrzeć na świat, w którym żyjemy przez okulary, które nie zawsze chcemy wkładać. Warto znać Huxleya w tej odsłonie.

    1. Jak najbardziej warto, bo to właśnie klasyk, który z każdym rokiem zamiast tracić na aktualności, staje się bardziej prawdopodobny. I ważne jest to, o czym wspominasz – ani trochę się nie zestarzał. Mimo że mną nie wstrząsnął, w głowie na pewno pozostanie, gdyż Huxley nie należy do autorów, o których się szybko zapomina (za to wraca wielokrotnie, co potwierdza choćby Twój przykład).

  3. „Nowemu wspaniałemu światu” najbliżej jest do „My” Zamiatina, który jest dla Huxleya tym, czym „Orkan na Jamajce” dla Goldinga.
    Dzisiaj Zamiatin, Huxley i Orwell nie mają już takiej siły rażenia ale jeszcze w latach 80-tych to było na prawdę coś. Tak na marginesie polecam, z tego rodzaju książek „Inwazję jaszczurów” wydaje mi się, że jeśli chodzi o modus operandi człowieka jest znacznie bardziej aktualna niż „My”, „Nowy wspaniały świat” i „1984”

    1. O tak! na „Inwazję jaszczurów” też poluję; podobnie mam z Zamiatinem i Hughesem. Poznałem tych panów na razie teoretycznie, bo, nadrabiając klasykę utopijną, nie chcę tego robić hurtem, by nie popaść w rutynę (a mimo często odmiennych wizji, punkt wyjścia jest ten sam i trochę obawiam się przesytu konwencją). Na razie trudno mi powiedzieć, w jakiej kolejności będę kontynuował, ale pewnie Čapek bądź Zamiatin okażą się pierwsi. Dzięki za propozycje ;)

      1. Fakt, przesyt konwencją jest możliwy ale też przy seryjnym czytaniu wyraźniej widzi się powiązania, coś za coś. No i nie zapominajmy naszym, rodzimym „Mordzie założycielskim” Wnuka-Lipińskiego :-)

        1. Też prawda, czasem dobrze jest poświęcić się na możliwość wypalenia tematu w zamian za szerszy jego ogląd. Co do „Mordu założycielskiego”, to muszę się po cichu przyznać, że nie znam i chyba nawet nie słyszałem :( Ale mogę od teraz zapewnić, że nie zapomnę i w odpowiednim czasie spróbuję przeczytać.
          Zerknąłem natomiast na Twój blog i widzę, że zbiegliśmy się w czasie z tymi naszymi antyutopiami (chyba że ktoś tu na czyjś wpis wpłynął ;p).

          1. To możesz być przyjemnie zaskoczony, co prawda późno powstał ale dzięki niemu mamy swój udział w antyutopiach i jak powiadał klasyk „otwieramy oczy niedowiarkom: patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane – i to nie jest nasze ostatnie słowo!” :-)

    2. Dzięki, że wspomniałeś o „Inwazji jaszczurów”. Faktycznie jej wymowa jest tak jakoś dziwnie aktualna. Chociaż to nic miłego, prawdę mówiąc. Doszły nowe zjawiska, których Karel Čapek nie miał szans antycypować – globalizacja, czy terroryzm (też zglobalizowany).
      Tyle, że z jednym się z Tobą nie zgodzę. „1884” jest aktualna i to bardzo (bardziej?). Z jednej strony mamy wyrafinowaną technologię, z drugiej strony wyrafinowaną socjotechnikę. Nie nazywamy tego totalitaryzmem, ale dlaczego? Bo metody są bardziej subtelne? Bo nie ma zcentralizowanego ośrodka władzy (chyba, że ktoś wierzy w Rząd Światowy i Reptilianów ;-)) Robienie wody z mózgu jest robieniem wody z mózgu, ktokolwiek to robi ;-)

Dodaj komentarz