You are here
Adrian (Secrus) 

„Lato spędzone w samotności nie jest latem” – 1. część wakacyjnych dumań Secrusa

pasek2Dziś na pewno nie będziemy samotni, bo spędzimy chwilę w towarzystwie książek. Tych szczególnych, zespolonych z wyjątkowym czasem – latem, okresem wakacji, prażącego słońca i nieposkromionych pragnień. Czas jednak przyjmie dwoisty charakter, gdyż nie skupię się tylko na kategorii pory roku, ale też etapie życia, momencie związanym magiczną pętelką z najpiękniejszą wakacyjną percepcją – dzieciństwem, młodością, dorastaniem, kiedy wyobraźnia pomagała tworzyć piękne chwile i Ciało 2odczuwać ich powab. Będzie więc także wspomnieniowo, a że pisarze, wracając do lat dzieciństwa, najczęściej mówią o lecie, to wszystko się zgadza. Zanim jednak o tym (a więc o priorytetowych lekturach z tego kręgu, języku twórców, którzy zechcieli pisać o aurze letniego słońca i wyszło, że wszyscy podejmują te same środki przekazu, o powodzie czytania takich książek oraz moim osobistym ich uwielbieniu), rozpocznę genezą powstania samego pomysłu. Bo zaczęło się, mówię serio, od literackich topowych list i kryminałów…

Piękny, choć niemal pustynny tydzień trwa. Musiał przyjść, aby godnie reprezentować lato, na które czekaliśmy. Te chwile prażących upałów pozostawiają nam, oprócz opalenizny i pocztówek z wakacyjnych kurortów, masę marketingowych śladów, które odcisnęły się na percepcji biednych konsumentów. Ja odniosę się do literatury. Jeżeli śledzicie blogi, portale książkowe, strony wydawców i fan page’a przeróżne, to na pewno zwróciliście uwagi na dziesiątki rankingów w stylu „20 wakacyjnych książek”, „najlepsze propozycje na lato” czy „jakie tytuły zabrać ze sobą na plażę?”. Lipiec był zalany tego typu propozycjami. Nie byłoby w tym nic złego (w końcu każda pomoc jest dobra, by trafić na wymarzoną lekturę), gdyby nie to, żeMagiczne lata propozycje zazwyczaj nijak miały się do tematu, jakiemu przewodziły. Rozumiem jeszcze wydawnictwa – to czysta forma reklamy, aby rekomendować swoje nowości na wakacje, nawet jeśli to mroczne thrillery albo wznowienia XVI-wiecznych powiastek filozoficznych, a profil oficyny zasadniczo do stricte rozrywkowych nie należy. Ale w bliźniaczo podobnych rankingach bezustannie powtarzały się te same świeże tytuły, będące na rynku kilka tygodni lub miesięcy, do tego w znacznej części kryminały lub kobiece obyczajówki ze słońcem w tytule. Rozumiem powód – kryminały (bądź powieści kryminalne – proces nobilitacji gatunku trwa w najlepsze, i bardzo dobrze) są zazwyczaj lekkie, a więc osoby sporządzające ranking przyjęły to za główny czynnik. Ale dlaczego w takim razie na listach pojawiały się ciężkie, skandynawskie tomiszcza, mocno zakorzenione w problemach społecznych i odznaczające się wisielczym, mroźnym klimatem? Forma ucieczki od lata, sprytnego kontrastu na polu Weiser 4książka-życie? I to, co boli mnie najbardziej – niewiele klasyki bądź książek choćby kilkuletnich, sporadycznie jakiś znany starszy tytuł reprezentujący hurtem wszystkie inne „starocie”; z adnotacją, że „kiedy, jak nie w wakacje, nadrobić zaległości z klasyką?”. Bardzo ogólnie i krzywdząco.

Zdziwiło mnie też, że na przeglądanych przeze mnie listach właściwie nie pojawiały się książki poruszające motyw wakacji i gorącego lata trochę rozleglej niż tylko jako czas akcji. A przecież tyle mamy pięknych lektur, które bądź kojarzą się z okresem wakacyjnym, bądź czynią wakacje drugim, duchowym głównym bohaterem, bądź operują językiem, który swą obrazowością asocjuje w naszych głowach słodkie wspomnienia z młodzieńczych chwil wolności i beztroski – lata trwającego wiecznie. Nie wiem jeszcze, czy pokażę, jak wg mnie powinna taka lista wyglądać, ale na pewno podsunę kilka tytułów i motywów, które znacznie urozmaiciłyby jej profil i pozwoliły szerzej pomyśleć o wakacjach, lecie, słońcu, zabawie, wolności w książkach. Bo poszukując z otwartym umysłem, znajdziemy wszystko.Ciało 1

Moja podróż przez letnie motywy zaczęła się chyba od filmu Stań przy mnie Roba Reinera, opartego na prozie Stephena Kinga. Był wspaniały, jest taki nadal, stanowi w mojej głowie wzór wakacyjnej przygody i młodzieńczej przyjaźni, od kiedy obejrzałem go w któreś lato, gdy słońce prażyło za oknem. Narracja Richarda Dreyfussa, instrumentalna wersja Stand by me, lekko rozmyte zdjęcia akcentujące lata 60., w których rozgrywała się akcja – to elementy wyjątkowe. King potrafi z ogromną gracją wspominać Amerykę, w której dorastał, i za to kocham minipowieść Ciało ze zbioru Cztery pory roku, zaczytuję się z rozrzewnieniem w Sercach Atlantydów i ostrzę zęby na Dallas ‘63 oraz To. Dlaczego tak silnie odbieram tę specyficzną tematykę, że nawet moją ulubioną książką są Magiczne lata, mówiące o wczesnej młodości najpiękniej? Nie wiem, mam kilka teorii wysnutych na gruncie psychologicznych rozważań, parę mądrych cytatów wyjaśniających to lub nie, sporo wspomnień i osobistą wrażliwość, którą od wielu lat staram się definiować, a ta wciąż pozostaje niezgłębiona. Niech więc pozostanie argument trywialny – kocham lato najmocniej ze wszystkich pór roku, uśmiecham się na myśl o słońcu, nawet takim, które skutecznie zniechęca do robienia czegokolwiek (wtedy chce mi się najwięcej!), natomiast plastyczne opisy, gdzie nostalgia miesza się ze słonecznym dniem, a wyobraźnia i wspomnienie brykają tanecznym krokiem, pochłaniam z dziką satysfakcją. A że trochę już tego przeczytałem, zaczynam dostrzegać chwyty – niezbyt skomplikowane – pisarzy, którzy postanowili w tym pięknym, letnim, sentymentalnym stawiku się zanurzyć…

Zauważyłem na przykładzie Stephena Kinga i Roberta McCammona, że ich sposób konstruowania przeszłości, którą czytelnik powinien wziąć za własną i do niej wzdychać, opiera się na przywoływaniu drobnych wspomnień, opisywaniu małych fragmentów zapamiętanej rzeczywistości. Wiecie, skrawków codzienności z naszych dziecięcych lat. Przykładowo, u Kinga to Castle Rock, u McCammona – Zephyr, a Huelle pozostaje w swoim ukochanym Gdańsku. Zobaczcie, jak to wygląda w praktyce:

Każdy odbiera inaczej, powiada się dzisiaj – i słusznie. Tak więc jeśli mówię lato, widzicie własny ciąg skojarzeń, całkowicie różnych od moich. I dobrze. Jednak dla mnie lato zawsze będzie oznaczało bieg drogą do Florida Market, z drobnymi brzęczącymi w kieszeniach, prawie trzydziestostopniowy upał, trampki na nogach. To słowo przywołuje obraz szyn GS & WM biegnących aż po odległy horyzont, tak rozświetlonych do białości słońcem, że zamknąwszy oczy nadal widziało się je w mroku, tylko nie białe, a niebieskie. Jednak tamto lato miało w sobie coś więcej niż naszą wycieczkę za rzekę w poszukiwaniu Raya Browera, aczkolwiek to pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Dźwięk Fleetwoodsów śpiewających „Come Softly to Me”, Robin Luke śpiewający „Susie Darlin” oraz Little Anthony dający wokal w „I Ran All the Way Home”. Czy wszystkie były przebojami w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku? Tak i nie. Przeważnie tak. – „Ciało”

King to mistrz takich narracji. U niego podobne wyliczenia można mnożyć w nieskończoność, a dopełnia je pamięć o wakacyjnych piosenkach. Wszyscy wiemy, jak magiczną mocą przenoszenia wspomnień obdarzona jest muzyka. Zwróćmy od razu uwagę na słownictwo tworzące więź z odbiorcą: coś „się widziało”, jakbyśmy też tam byli, mówimy o „tamtym” lecie – doskonale wiecie, którym, przecież też tam byliście.

Ale Zephyr było czarodziejskim miejscem. W blasku księżyca przechadzały się tu duchy. Opuszczały porośnięty trawą cmentarz, stawały na wzgórzu i rozmawiały o dawnych, dobrych czasach, kiedy coca-cola naprawdę miała niepowtarzalny smak i można było odróżnić demokratę od republikanina. Wiem, bo sam je słyszałem. Wiatr wnosił do domów aromat kapryfolium i rodzącej się miłości. Błękitne, postrzępione błyskawice uderzały w ziemię i budziły nienawiść. Mieliśmy wichury i susze, a przepływająca obok miasta rzeka miała brzydki zwyczaj wylewania z brzegów. – „Magiczne lata”

A tu już mamy dobrze znaną śpiewkę o tym, jak to kiedyś było lepiej. Gdy jesteśmy młodzi, słuchamy podobnych tyrad z ust naszych rodziców, zniecierpliwieni i znudzeni, a za kilka lat sami tkamy nić wspomnień, tylko że ze swojego raju.

Na polskim podwórku też jest o czym mówić. Pamiętacie Weisera Dawidka i upalne lato w Gdańsku? Zupę rybną, kolorowe oranżady w krachlach, sklep Cyrsona, stocznię i mnóstwo innych migotliwych klisz?

Wszystkie domy w naszej części Wrzeszcza miały tę czerwoną dachówkę, więc w takie popołudnie jak to, u schyłku lata, kiedy słońce ma szczególne właściwości, musiało to najciekawiej wyglądać z Bukowej Górki, pomyślałem skąd oprócz czerwonych, spadzistych dachów widać było lotnisko położone już za torami kolejowymi i zatokę z białym paskiem plaży. Ile razy staliśmy tam, na górze, nasze miasto wydawało się nam zupełnie inne niż to, w którym żyliśmy na co dzień. Wtedy nie wiedziałem dlaczego, a dzisiaj, kiedy nie ma już Bukowej Górki, ani Weisera, ani tamtego Jelitkowa, dzisiaj myślę, że z góry nie było po prostu widać brudnych, zaśmieconych podwórek, nie opróżnionych śmietników i całej brzydoty przedmieścia, której symbolem mógłby być szary i oblepiony kurzem sklep Cyrsona, w którym kupowaliśmy oranżadę w butelkach nazywanych przez dorosłych krachlami. – „Weiser Dawidek”

Następnego dnia nie poszliśmy więc przez Bukową Górkę do Brętowa. Od samego rana przed sklepem Cyrsona ustawiła się długa kolejka spragnionych oranżady. Oblepione butelki krążyły z rąk do rąk, żona właściciela odważała jabłka i ogórki, a lep zwisający pod sklepową lampą przypominał włochatą łapę pająka. – „Weiser Dawidek”

Zanim przejdę do języka służącego najgorętszym wakacyjnymWeiser 3 opisom, jeszcze jedna rzecz: tory kolejowe! Motyw, o którym mógłbym mówić godzinami i z którego bez problemu powstałby osobny tekst. Wzdłuż torów szli przyjaciele z Ciała, nasyp kolejowy pojawiał się w Magicznych latach, tory cały czas wracają we wspomnieniach Huellego, w filmie Nad rzeką, której nie ma Andrzeja Barańskiego, na podstawie uroczo letniego opowiadania Stanisława Czycza, szyny pojawiają się w zakończeniu z bogatą symboliką, jest też bliski tematycznie Dróżnik – film o samotności i poszukiwaniu życiowej drogi, przyjaźni. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego to tak nośny element, może po prostu dziełem przypadku często na niego trafiam? Dość oczywista metafora wędrówki i odnajdywania siebie stanowi też zapewne monolit łączący przeszłość z teraźniejszością – prostą ścieżką, która brnie gdzieś za horyzont, rozbudzając wyobraźnię i będąc ewokacją wakacyjnej przygody. Zwróćcie na to kiedyś uwagę – rozgrzane tory są stałym elementem letnich wspomnień. I w moim dzieciństwie odgrywałyby pewnie znaczącą rolę, gdyby najbliższy nasyp kolejowy nie był tak daleko.

(Ciekawa jest geneza motywu wędrówki wzdłuż torów u Kinga w jego Czterech porach roku. Lisa Rogak przytacza w biografii Mistrza opowieść o tym, jak 4-letni Stephen bawił się ze swoim kolegą pWeiserrzy torach. Ten za blisko podszedł do przejeżdżającego pociągu i jego ciało zostało drastycznie rozczłonkowane. Potem okoliczni zbierali szczątki malca do wiklinowego kosza. King wyrzucił to wydarzenie z pamięci i dopiero wiele lat później matka opowiedziała mu o tym incydencie. Ponoć Stephen wrócił do domu blady i roztrzęsiony, a na miejscu trwały już prace przy zabezpieczaniu terenu. Wyparcie trwało wiele lat, ale w końcu znalazło swoje odzwierciedlenie w prozie pisarza. Znane są w historii inne traumatyczne przeżycia, które kształtowały wrażliwość artystów [jeśli chcecie, poczytajcie o malarzu René Magritte. Kiedyś na kanwie wycinka z jego biografii poczyniłem opowiadanie kryminalne…]. W tym wypadku nieszczęsne tory zdały się tylko czarną mgłą, która pokryła dziecięcą percepcję, ale zaraz odpuściła – na długie lata)

A w poniedziałek druga i ostatnia część wakacyjnych rozmyślań. Będzie o języku opisującym zabójcze upały, winie z mlecza i pierwszym dniu wakacji. Moc cytatów i moja lista wakacyjnych lektur. Powspominamy, poopalamy się w blasku dobrej literatury. Już teraz zapraszam! :)

Related posts

28 thoughts on “„Lato spędzone w samotności nie jest latem” – 1. część wakacyjnych dumań Secrusa

  1. Oglądałam „Stań przy mnie”. Dla mnie to akurat średnio wakacyjna pozycja. Niesamowity dramat, niesamowite przeżycia. Podobnie było przy filmie „12 lat i koniec”. Emocjonalnie zostałam wyprana przy obu filmach.

    1. Secrus

      Powiem tak – nie traktuję wakacji jako okresu, w którym trzeba pochłaniać wszystko, co lekkie i przyjemne, i uciekać od trudniejszych tematów. Te moje propozycje nie pasują więc do określenia „wakacyjna pozycja” w rozumieniu, którym się posłużyłaś :) To oczywiście czas, kiedy lżejsze lektury wiodą prym, także u mnie, ale nie chciałem pisać o książkach typowo na lato albo wybieranych w wolnym czasie po to, by odciążyć szare komórki bądź, co gorsze, wyłączyć emocje. „Stań przy mnie” jest niesamowite, ale też przez fakt, że mówi właśnie o WAKACYJNEJ przygodzie, jaka by ona nie była i czego by za sobą nie niosła (a niesie tak wiele, że zawsze, gdy oglądam ten film, z kilku różnych powodów jestem mocno rozbity). Troszkę odszedłem od tych typowych list na wakacje, bo skupiłem się na mówieniu/pisaniu o lecie, a nie tylko na lato lub przy okazji lata. To pewna gra, odnajdywanie w tych książkach czegoś, na co mało kto zwróci uwagę. I w tym aspekcie „Stań przy mnie” jako pierwsze przebiega mi przez głowę, gdy myślę o wakacjach :)
      Miło, że wspomniałaś o „12 lat i koniec”. Trafiłem na ten film ostatnio, czeka wciąż na seans. Spodziewam się czegoś wyjątkowego.

  2. Tak już na wstępie pomyślałam sobie o dziełach, które mówią o wakacjach dorosłych i… Wylądowałam myślami przy „Powrocie do marzeń” Ghibli, gdzie co prawda bohaterka jedzie na wieś, ale wspomina dzieciństwo, więc tuché ;) (piękna obyczajowa animacja, swoją drogą). Ale to na marginesie.

    Tory mnie z kolei kojarzą się w sposób wypaczony z zupełnie makabrycznymi motywami literackimi (zobacz, nawet w „Weiserze Dawidku” ich rola zupełnie niewinna nie jest i właściwie tory prowadzą do tajemnicy — może strasznej, może tylko takiej letniej, jakich wiele, kto wie). „Dróżnik Thiel” Hauptmanna to mój sztandarowy przykład na tory w literaturze ;) (a wpis o torach — napisz koniecznie!).

    Właśnie, że odniosę się jeszcze do tego, co napisałeś w komentarzu wyżej (i do tych letnich tajemnic, jakich wiele): ten motyw „zdarzyło się latem i było straszne” wraca jak echo w przeróżnych dramatach w rodzaju „przejechali go w wakacje i uciekli, a teraz to wyszło na jaw” — w serialach kryminalnych to stały motyw, w powieściach kryminalnych też się zdarza. Jest w lecie widać jakaś zbrodnicza aura. No i łączy się to z tym, o czym piszesz: z pamięcią i jej zakamarkami, gdzie raz kryje się coś świadomie, a raz zupełnie nieświadomie.

    1. Secrus

      Przede wszystkim dziękuję za wnikliwą lekturę tekstu ;)

      „Powrót do marzeń” kojarzę, lecz jeszcze nie miałem przyjemności obejrzeć. Teraz dopiero zwróciłem uwagę, że reżyser odpowiedzialny za to anime stworzył też „Grobowiec świetlików”… sprawdzę niebawem, koniecznie!

      Fakt, ja, mówiąc o torach, skupiłem się na dyskursie wspomnieniowym dzieciństwa i motywie kojarzonym z drogą, ale choćby anegdota z życia Kinga zarysowuje tę makabryczną stronę torów. I tajemnica, która z niewiadomych przyczyn jest związana z takimi miejscami, dziwnie intryguje (w percepcji dziecka tory mogą prowadzić wszędzie, są niewiadomą, a podkreślają to nie tylko przekazy literackie, jak choćby wyraźnie wypowiadający się na ten temat Huelle, ale też życie – świadectwa ludzi, którzy mówili mi o swoich skojarzeniach związanych z tym elementem, odniesieniach, wspomnieniach z młodości). Próbuję znaleźć racjonalne wyjaśnienie, dlaczego autorzy przywołujący w narracjach obraz dalszej przeszłości upodobali sobie akurat ten ułamek otoczenia, może potrzebuję głębszej analizy i większej liczby przykładów, może ktoś mądry już o tym pisał. Przyznaję, że o „Dróżniku Thielu” Hauptmanna nie słyszałem, ale bardzo mnie zaintrygowałaś. Natomiast wpis o torach musiałby pewnie długo dojrzewać i wymagać sporego nakładu pracy, ale jeśli się zdecyduję, to na pewno nie zabraknie w nim ani Kinga, ani McCammona czy Huellego, ani tym bardziej Hauptmanna :)

      Tak, wakacje bardzo często stają się kontekstem dramatycznych doznań/incydentów, może to kwestia tego, że taka kontrastowość bardzo oddziałuje na widza czy czytelnika. Niech do tego będzie to upał, który budzi jakieś mordercze instynkty, tworzy ową „zbrodniczą aurę”. Albo właśnie pamięć, retrospekcje, błędy młodości lub prowadząca w niewłaściwe rejony dziecięca ciekawość świata. Wyjątkowo lubię wsiąkać w taką literacką atmosferę, ona ma w sobie coś, co kiełkuje w głowie i zostaje na dłużej.

      1. Bo z tymi torami to też chyba kwestia realnego niebezpieczeństwa, przed którym dzieci są przestrzegane (motyw „nie baw się przy torach”), ale które jest nierealne, bo pociąg jeździ rzadko albo daje się przed nim uciec (aż w końcu, jak w tych wspomnieniach Kinga, przyjeżdża). Tak w każdym razie dumam.

        O tak, zdecydowanie to są fajne tropy: i kontrast pięknej pogody z paskudnym zachowaniem, i to wywoływanie wspomnień, bo co się — jak słusznie zauważyłeś — bardziej kojarzy z dzieciństwem niż lato ;).

        A na marginesie: obyczajówki Ghibli polecam wszystkie, są świetne (chociaż „Szum morza” działał mi trochę na nerwy, dodam dla porządku ;)).

        1. Secrus

          Ja właściwie dumam podobnie :) Jeszcze przecież są tory opuszczone, nieczynne, po których suną tylko pociągi widmo. Ale to już inny motyw i inna literatura (w Polsce godnie reprezentowana…).

          W temacie upalnej pogody i traumy czy zbrodni, które jej towarzyszą, odsyłam do książki „Nie boję się”, którą ostatnio recenzowałem. Tam wszystko, o czym wspominamy w kwestii kontrastowości, występuje i jest świetnie uwypuklone. A że wydarzenia obserwujemy z perspektywy dziecka, mamy dodatkowy atut.

          Mam spore zaległości w produkcjach Ghibli. Swego czasu zainteresowałem się Miyazakim (jest chyba najlepiej kojarzony), ale nie udało mi się obejrzeć wszystkiego, co bym chciał. W tych filmach jest coś wyjątkowego – inna kultura, klimat i obrazy, które tak łatwo nie ulatują z pamięci :)

          1. W tym temacie mam zaległości (bo się boję horrorów), ale zamierzam sobie tego Grabińskiego nadrobić w przyszłości :). „Nie boję się” — odnotowane, dzięki! Z Ghibli na szczęście jest u nas o tyle prosto, że właściwie wszystko wydano na DVD (niestety w dwóch kolekcjach, w których z niewiadomych przyczyn pozmieniano kolejność, więc niektóre filmy się w danym zestawie dublują), więc można się przy okazji zaopatrywać w przypływie natchnienia (i środków finansowych ;)).

            1. Secrus

              O pierwszy przypływ łatwiej, z tym drugim bywa różnie ;) Swego czasu TVP Kultura zainteresowała się filmami od Ghibli, może zaserwują też niebawem powtórkę.

  3. Dobry temat i spostrzeżenia. Lato jest piękną porą roku i samo słońce sprawia, że człowiek nabiera energii do wszystkiego. Nawet lepiej do pracy się wstaje, mimo iż trzeba przesiedzieć te 8 h, jednak jest to całkiem inne niż w okresie jesienno-zimowym.Pozycje wakacyjne winny być nie tylko lekkie i łatwo przyswajalne, ale też najlepiej związane w pewien sposób z okresem wakacyjnym, który kojarzy się z dzieciństwem. Wybór Kinga (jesteś fanem?) jest idealnym wyborem (chociaż jego czyta się każdą porą dobrze), dlatego też takie książki jak Cztery pory roku (tu wspomniana przez Ciebie nowela „Ciało”, ale też pozostałe 3 są dobre na tę okazję) i Serca Atlantydów. Jeśli nie czytałeś Dallas ’63 i To to proponuję to czym prędzej zrobić, jeszcze w sierpniu/wrześniu, jeśli chcesz „poczuć tę moc” jak najlepiej. Obie książki się świetnie nadają na ten wakacyjny czas. Dallas to historia alternatywna z wątkiem Kennedy’ego, który właściwie był tylko pomysłem wyjściowym do książki, bo w niej samej służy właściwie tylko za tło, tam się liczy bohater i jego wewnętrzne przemiana oraz relacje z pewną kobietą. ;) To, jak Ciało, to opowieść o dzieciakach, które zmagają się z pewnym problemem. Jedna z najlepszych książek Kinga, i najgrubszych, ale czyta się szybko, i przyjmenie, tylko dwie sceny mi tam nie odpowiadały, ale to bliżej, jak już przeczytasz. ;)

    Od Kinga na ten okres wakacyjny nadają się też perfekcyjnie Ręka mistrza (o kalekim malarzu, który samotnie na odludnej wyspie maluje obrazy) i Joyland (o chłopcu, który spędza swoje młodzieńcze lata w cyrku nieopodal morza). Bardzo dobre byłyby też: Wielki marsz, Bastion, Cmętarz zwieżąt, Desperacja, Talizman i Czarny dom.

    McCammon chodzi za mną (wiele tych książek depcze mi po piętach, jak widać :D) od 2-3 lat, bo nasłuchałem się wiele dobrego o nim, a ponadto jest bardzo zbliżony do „To”. Leży na półce i czeka, ale chyba się jeszcze w te wakacje nie doczeka. Może na koniec września, też byłoby przeczytać nie najgorzej. ;)

    Ogółem książek by się więcej znalazło, ale to szerszy temat, wiec trzeba by było pomyśleć. To samo z filmami. Być może w kolejnych częściach się więcej o tym jeszcze podyskutuje. ;)

    1. Secrus

      Cieszę się, że też dostrzegasz tę nierozerwalną nić między wakacjami i dzieciństwem – potem dorosłym zostaje tylko lato, a wakacje już nie te, znacznie krótsze, inaczej przeżywane, niby wykorzystywane do maksimum, ale bez tej magii.

      Kinga podziwiam, bo on pisze tak, że mnie zawsze czymś zaskoczy, jakoś zadziwi, skłoni do myślenia. Czytałem na razie niewiele, właśnie „Cztery pory roku”, gdzie „Ciało” i „Zdolny uczeń” to najlepsze minipowieści, teraz „Serca Atlantydów” („Mali ludzie w żółtych płaszczach” – coś niesamowitego, rzadko tak mocno przeżywam lekturę, w tym wypadku nawet mimo tego, że widziałem wcześniej film). „Rękę mistrza” też czytałem, podobnie „Wielki marsz”, jeszcze do tego „Dolores Claiborne”. Niemniej prawie każdy tytuł kojarzę i poznaję je stopniowo, gdy akurat jest czas na to, żeby wyrwać sobie kilkanaście godzin z życia, zazwyczaj godzin wyjątkowych :) Chciałbym zdążyć przeczytać „Dallas ’63” jeszcze w sierpniowo-wrześniowym czasie, ale to niestety nieosiągalne. Zapewne jednak po powtórce „Czterech pół roku” to będzie pierwsza książka Kinga, po jaką sięgnę („Joyland” też dość mocno mnie przyciąga).

      „Magiczne lata” są – a powtarzam to od dłuższego czasu – najlepszą powieścią, jaką czytałem. Oczywiście czysto subiektywnie, bo gdybym miał brać pod uwagę głębię, literackość, metaforyczność itp., to pewnie nie odważyłbym się ozywać McCammona mistrzem ponad wielu wspaniałych literatów, ale ta książka jest moja, idealna dla mnie, i wiem, że będę do niej wracał latami (być może moja recenzja przyspieszy trochę Twoje plany, choć akurat „Magicznych…” nie trzeba czytać koniecznie w wakacje – można czytać cały rok, bo książka jest podzielona właśnie na pory roku ;p).

      Oczywiście, że więcej. Filmów jakoś związanych z tematem tych moich rozważań (latem, ale też dzieciństwem, wspomnieniami z młodości) znam chyba kilkadziesiąt, a wciąż wiele jest w planach :) Artyści lubią sięgać do takich motywów, bo automatycznie sami przenoszą się w te miejsca i czas w procesie twórczym, a to przecież czysta przyjemność.

      Dzięki za zainteresowanie tematem :]

      1. Nie tylko filmy i książki przywodzą na myśl dzieciństwo. Również smaki i zapachy. Podobała mi się np. ostatnio akcja Biedronki ze wznowieniem starych produktów, w tym m.in. gumy turbo. Bierz do ręki, zdzierasz opakowanie, a tam obrazek autka, których miało się w cholerę, bo się kolekcjonowało. A potem guma do ust, pierwsze rzucie i w głowie obrazy z lat młodości. Magia. :) To samo mam jak mnie częstują racuchami z jabłkami. I to jest tak jakoś w mózgu człowieka zakodowane, że wcale o tym nie myślisz, a wystarczy, że zobaczysz, posmakujesz, poczujesz i zaraz Ci się obrazy same do głowy cisną.

        King jest świetny. Śmieszą mnie ludzie, którzy go wyśmiewają, że nie potrafi pisać, że leje wodę itp. Ja się w tym momencie pytam: „Jak jest lichym pisarzem, to wyjaśnij mi te zera na koncie”. ;) Ja osobiście gościa uwielbiam, bo jest dla mnie pisarzem na każdą okazję, i na lato, i na zimę, i na radość, i na smutek, a poza tym ma tyle książek, że nie sposób się z nim nudzić. No i ekranizacji niemal równie tyle. I do tek bardzo lubi pisać o dzieciakach i w wielu książkach są one głównymi bohaterami. :) „Zdolny uczeń” i „Mali ludzie w żółtych płaszczach mają” ekranizacje również tylko o innych tytułach, tj. „Uczeń szatana” i „Kraina wiecznego szczęścia”, i po „Skazanych na Shawshank” i „Zielonej mili” to najlepsze ekranizacje Kinga. :)
        Dallas jest fantastyczne. Jedno z niewielu zakończeń, które mnie autentycznie wzruszyło, i wątek miłosny, jaki lubię. Także raczej na pewno Ci się spodoba. :) A „Joyland” ma przede wszystkim klimat, bo nie jest to najwyższa półka SK, ale czyta się dobrze. :)

        Książka najlepsza dla Ciebie może być równie dobrze tandetnym romansidłem dla innych. To Twoje zdanie. Dla mnie arcydziełem jest np. „Wielki marsz” Kinga, który też nie jest wybitną książką, a zrobiła na mnie takie wrażenie, że czytałem ją do tej pory już 5 razy. Właściwie mam taki zwyczaj, że czytam ją co grudzień, starając się czytać w innym wydaniu (na półce mam różne). Przymierzam się od 2 lat do angielskiej wersji. Może w tym roku wyjdzie. :) A co o tym inny sądzą? Że jaram się „Wielkim marszem” i uważam go za arcydzieło? Co mnie to obchodzi. ;)

        „Magiczne lata” poczytam na jesień razem z „Mistrzem i Małgorzatą” i jakimś Steinbeckiem. To już postanowione. Ja sobie lubię robić takie plany bardziej wybiegając w przód, i najczęściej je spełniam, także możesz liczyć na odpowiednie komentarze co do poszczególnych. ;)

        1. Secrus

          Dokładnie tak, smaki i zapachy chyba nawet najpełniej docierają do wspomnień i je wywołują. Zresztą można to zaobserwować, znów, u pisarzy, którzy lubią wymieniać drobne szczególiki ze swojej przeszłości lub z przeszłości swojego bohatera. To te wszystkie wonie rodzinnego domu, w którym nie można już być, albo pokoju babci, która nas częstowała tymi wszystkimi smakołykami… A Proustowskie magdalenki? To idealny przykład naszych pamięciowych osobliwości, o których wspominasz. Guma Turbo? Jeju, ona nie miała smaku już po 2 minutach żucia, ale czy kogoś to obchodziło? Smak, naklejki, powab dzieciństwa – każde pokolenie ma coś takiego, każde wewnętrzne dziecko do czegoś wraca :)

          Jeszcze bardziej mnie śmieszy, gdy ktoś uważa go wyłącznie za autora horrorów. Dla mnie to pisarz wszechstronny, przy jego słowach potrafię się rozmarzyć albo pozostawać w nieustannym napięciu. Z tymi zerami na koncie byłbym ostrożny – czasem nie mają nic wspólnego z talentem i dobrą literaturą, choć tu owszem :) „I do tek bardzo lubi pisać o dzieciakach i w wielu książkach są one głównymi bohaterami” – lubi i potrafi jak mało kto, dlatego tak go za to cenimy. Co do ekranizacji: „Zielona mila” i „Skazani…” zgadzam się, to drugie bije o kilka długości minipowieść, która niespecjalnie mnie zainteresowała. Natomiast „Uczeń szatana” był niezły, ale brakowało mu tego czegoś, co miała perfekcyjna nowela. „Małych ludzi…” oglądało mi się fantastycznie, ale znów – wyżej stawiam zdecydowanie „Dolores”, „1408”, „Stand by me” (!), „Misery” czy „Lśnienie” (choć niektóre z nich to zupełnie inny klimat niż „Mali ludzie…”, więc trudno porównywać).

          W kwestii najlepszych książek – nic dodać, nic ująć. To dobrze, że do tej pory „Wielki marsz” jest Twoją książką życia – niech tak zostanie i czytaj ją co grudzień, o to chodzi. Trzeba mieć coś takiego, do czego zawsze można wrócić z otwartym umysłem i za każdym razem odnaleźć inne wartości (albo po prostu równie dobrą rozrywkę, co za trzecim czy czwartym razem). „Wielki marsz” też baardzo lubię, kilku osobom już poleciłem, żadna się nie zawiodła.

          U mnie takie plany nie działają – za dużo wychodzi po drodze, a nie lubię porażek – tak czytelniczych, jak żadnych innych :D Dochodzą do tego lektury na studiach albo egzemplarze recenzenckie i jestem uziemiony. Mam jakieś tam postanowienia, ale raczej cichsze i z możliwością zmiany :)

          1. Dokładnie, każde pokolenie coś ma i mieć będzie, ale teraz dzieciaki mają niesamowity wybór wszystkiego na półkach. Ja – wcale nie stary – pamiętam, jak była do kupienia 1-2 paczka chipsów czy chrupek, z 3-4 różne gumy, nie było żadnej Coli Zero i smakowych piw. A teraz idę do marketu z zamiarem kupienia czekolady i nie wiem jaką kupić, bo z 30 różnych smaków jednej firmy na półce. :P

            Dokładnie. Ale tak się zachowują ignoranci, więc szkoda na nich słów. ;) King w istocie ma niewiele horrorów na koncie. Oprócz robienia z dzieci głównych bohaterów i ich kreacji, też bardzo dobrze wychodzą mi książki traktujące o małomiasteczkowych społecznościach (np. Sklepik z marzeniami, Pod kopułą). Dolores i 1408 dobre filmy. Lśnienie mi się za bardzo nie podobało – tylko sam Jack Nicholson, poza tym wiele mnie irytowało w tym filmie. Misery – nie widziałem. Stand by me – wydaje mi się, że widziałem to właśnie w dzieciństwie, ale jak sobie odświeżę „4 pory roku” to przy okazji zobaczę wszystkie ekranizacje ponownie, w tym i tę. :)

            Każdy czytelnik ma jakieś wariacje. Moją jest „Wielki marsz”. Będąc na Węgrzech w zeszłym roku chciałem kupić tę książkę w tym języku, ale niestety nie mieli. :) Znam osoby, które mają potężne kolekcje Kinga i kupują wszystkie wydania, jakie się pojawiają. Ostatnio widziałem na internecie półkę dziewczyny, która układała książki wg…kolorów. :D I założę się, że są więksi wariaci. :D

            Ja też nie robię takich planów w ciągu całego roku. Najczęściej na jesień lub zimę, kiedy wiem, że będzie więcej czasu na czytanie, bo pogoda gorsza i człowiek woli w domu nie raz posiedzieć dłużej. na co dzień przeplatam sobie recenzenckie z tymi, które już mam, i idzie mi to dobrze. Ale cieszę się, że już studia za mną, bo literatury akademickiej to ja nigdy nie lubiłem. :P

            1. Zapomniałem jeszcze dodać, że wczoraj przeczytałem dobrą rzecz na okres wakacyjny, bo morze też się kojarzy z latem i dzieciństwem, a ta książka to: W samym sercu morza. Jeśli lubisz marynistykę i literaturę faktu to powinno Ci się spodobać, niedługo będzie ekranizacja. :)

              1. Secrus

                Ja właśnie zdobyłem nowe wydanie „Czterech pór roku” i szykuję się na powtórkę – aż się nie mogę doczekać ;) A jeszcze w kwestii Kinga: tak, jego ogromnym atutem jest owa małomiasteczkowość, choćby Castle Rock. Jeśli dodamy do tego Amerykę i lata 60., mamy coś wyjątkowego, co zawsze chce się czytać (a King to czuje jak mało kto).

                Maniacy, wszędzie maniacy i wariaci! Ale tacy zakręceni pozytywnie to skarb :D

                U mnie z literaturą akademicką różnie, sprawdzam i sam wyrokuję, czy do mnie trafia. Zazwyczaj pół na pół. Ale już powieści akademickie – jak najbardziej ;)

                Hm, tu jest problem, bo właśnie literatury faktu czytam tyle, co kot napłakał, a za marynistyką szczerze nie przepadam. Nie wynika to z niczego konkretnego, po prostu sam rzadko sięgam po te klimaty, a kiedy już do mnie trafią – jakoś nie wzbudzają dużych emocji. O wiele bardziej lubię taką tematykę w kinie, a tu jeszcze Ron Howard – na pewno obejrzę, zapewne jednak bez uprzedniej lektury ;) Ale na lato dla tych, który poruszają się w podobnych fabułach, z pewnością będzie znakomite, zawierzając Twojej opinii. I serdeczne dzięki za przytoczenie w recenzji bloga, mnie i naszej dyskusji :)

                1. Ciacho

                  Te z torami, jak sądzę? Darek Kocurek odpowiada za grafikę, bardzo mi się podoba. Jakbym nie miał swojego egzemplarza to na pewno bym kupił. :) Castle Rock, Derry, Dola Jerusalem. King jest wyjątkowy pod wieloma względami. Już nie chcę się tak rozpisywać na jego temat i wychwalać, bo się już mdło zrobi, ale wejdź sobie do tego działu na sk.pl i sam sprawdź ile jest powiązań między poszczególnymi książkami Kinga (postaci, miejsca), np. związane z samą Mroczną Wieżą. Nie lada gratka dla fanów, doszukiwać się samemu takich rzeczy. Ja w każdej nowej książce szukam odniesień do MW, np. szukajac cyfry 19. :)

                  Bez porycia nie ma życia – jak to się mówi. :D

                  Zależy kto jaki ma kierunek studiów, wiadomo, jedne są typowo do kształcenia potrzebnego do pracy, inne do kształcenia i szerszego zainteresowania, czy z pasji. Mnie to drugie nie dotyczy. :P

                  Aha, ale to nie szkodzi, bo zawsze można film sprawdzić, jak napisałeś. A wydaje mi się, że będzie dobrze, bo Ron Howard to b. dobry reżyser. :)

                  1. Secrus

                    Tak ;) O ile nie wszystkie okładki Albatrosa do nowych wydań Kinga mi się podobają, o tyle ta już przy pierwszym kontakcie mnie ujęła (ewidentnie wiąże się atmosferą i tematem z minipowieścią „Ciało”). Ja też lubię takie drobne nawiązania u Kinga, które można śledzić. Dzięki za stronę, na pewno zerknę. Btw. bardzo już chcę znać Mroczną Wieżę, ale jeszcze trochę czasu minie, nim się zabiorę za cały cykl, a chciałbym skupić się przez pewien okres tylko na nim. Z drugiej strony wiem, że wciąż przede mną fantastyczna, monumentalna przygoda.

                    Jam filolog polski, więc łatwo sobie wyobrazić, co czytuję „z przymusu” ;)

                    Tak, „Piękny umysł”, Człowiek ringu”, „Apollo 13″… solidna amerykańska szkoła. Z takich klimatów, powiedzmy, marynistycznych ogromne wrażenie zrobił na mnie ostatnio „Kapitan Phillips”. Coś niesamowitego.

                    1. Ciacho

                      Wiele okładek Albatrosa jest do dupy. Jeszcze za życia Kuryłowicza prowadzona była dziwna polityka okładkowa, skupiająca się głównie na postaciach na okładkach, co wychodziło szkaradnie – na ogół. Wiele razy kląłem na forum Kinga wraz z innymi kingowcami i nie mogliśmy przeboleć, że premierowe książki musimy kupić z takim dziadostwem na okładce. Ale te czasy na szczęście minęły i od zeszłego roku, jak Albatros nawiązał ponownie współpracę z Darkiem, te okładki wyglądają naprawdę dobrze. Jedne nawiązania są drobne, inne mniej. W Dallas masz też kilka, i nie tylko odnoszących się do MW. A samo MW bardzo specyficzne, ale niepozbawione wad. Jednak ja czytałem 2 razy i podobało mi się w obu przypadkach bardzo. Także jak się chwycisz tego cyklu to będę śledził na bieżąco, jak komentujesz. ;)

                      Aha, hehe, no tak, to wszystko jasne. :) Ale też dowiadujesz się pewnie o niektórych perełkach, o których przeciętny czytelnik nie wie. Więc kij ma dwa końce. :)

                      Tak, Kapitan Philips bardzo dobry film, i do tego na faktach. Temat filmu tematem rzeką, można gadać i gadać. Dzisiaj leci np. Helikopter w ogniu – kolejny film z czołówki najlepszych, moim zdaniem.

                  2. Secrus

                    Te nowe okładki dają radę, choć też nie wszystkie przypadły mi do gustu. Trzeba jednak przyznać, że są stylowe i graficy nie idą na łatwiznę (a postaci na okładkach to śliski temat…). „Dallas ’63” załatwiłem sobie jako prezent na urodziny, więc gdy już będzie na półce, prędzej sięgnę ;p Mrocznej Wieży kiedyś się chwycę, ale już sobie wyobrażam, jak trudne będzie pisanie rzetelnych tekstów na jej temat. Będę liczył na obiecane zainteresowanie ;)

                    Dowiaduję się i przekazuję je swoim czytelnikom dalej, na blogu. Poza tym to też spora motywacja, by cały czas poszerzać horyzonty – także klasyką, która z zewnątrz nie przyciąga tak bardzo, jak gorące bestsellery :) A ja nawet wolę takie nieznane wędrówki niż ścieżki, którymi z automatu podążają wszyscy.

                    1. Ciacho

                      „Te nowe okładki dają radę, choć też nie wszystkie przypadły mi do gustu. Trzeba jednak przyznać, że są stylowe i graficy nie idą na łatwiznę (a postaci na okładkach to śliski temat…). „Dallas ’63” załatwiłem sobie jako prezent na urodziny, więc gdy już będzie na półce, prędzej sięgnę ;p Mrocznej Wieży kiedyś się chwycę, ale już sobie wyobrażam, jak trudne będzie pisanie rzetelnych tekstów na jej temat. Będę liczył na obiecane zainteresowanie ;)

                      Dowiaduję się i przekazuję je swoim czytelnikom dalej, na blogu. Poza tym to też spora motywacja, by cały czas poszerzać horyzonty – także klasyką, która z zewnątrz nie przyciąga tak bardzo, jak gorące bestsellery :) A ja nawet wolę takie nieznane wędrówki niż ścieżki, którymi z automatu podążają wszyscy.”

                      Moja odpowiedź:

                      W Dallas ’63 wszyscy myślą, że sprawa się będzie rozchodzić tylko o Kennedy’ego i wiele osób z tej książki rezygnuje, a tymczasem to wydarzenia jest tylko tłem. Sięgniesz to sam się przekonasz. ;) Zawsze się ciężej pisze na temat cyklu, bo nie będziesz przecież pisał w każdym tomie o postaciach i świecie, skoro o nich już pisałeś na początku. jedynie wydarzenia się zmieniają, a postaci – jak już się jakieś pojawiają – to na ogół epizodyczne, bo szybko umierają. Ale to nie powinien być powód przeciwko czytaniu MW, że będzie gorzej zrecenzować. Ja dałem radę napisać coś sensownego na ich temat, to Ty też dasz. :)

                      Jasne, zawsze warto te horyzonty poszerzać. Ja przyznam, że po klasykę nie sięgam za często, ale są pozycje, które koniecznie trzeba znać i chcę znać, więc aż tak ograniczony w tym temacie, po ich przeczytaniu, nie będę. :P

                  3. Secrus

                    Taki powód nie istnieje, a pisanie o całym cyklu to ciekawe wyzwanie – zwłaszcza gdy nie pisze się recenzencko, ale w formie tematycznych artykułów, po prostu o książce.

                    Jeszcze warto dodać, że klasyka klasyce nierówna ;) Sporo osób sytuuje w niej tylko te książki, które są tak monumentalne, że trzeba się do nich zmuszać, ale istnieje jeszcze druga strona – opowieści klasyczne, ale tak wspaniałe, że przechodzą ponad czasem minionym od ich napisania i trafiają zawsze.

                    1. Ciacho

                      W takim razie będę śledził na bieżąco twoje LC i bloga, to może znajdę i ja dla siebie coś jeszcze z klasyki. ;)

  4. Mostek ze zdjęcia, który był zresztą na okładce pierwszego wydania „Weisera…” to już historia – praeterit enim figura huius mundi.
    Co do literatury „torowej” to polecam opowiadanie Jerzego Stawińskiego „Tajemnica maszynisty Orzechowskiego” a zwłaszcza film Munka nakręcony na jego podstawie „Człowiek na torze”

    1. Secrus

      Niestety. Jednak na tym zdjęciu Most Weisera wygląda pięknie, i nie mogłem się powstrzymać, żeby go tutaj nie umieścić.
      Opowiadania Stawińskiego jeszcze nie czytałem, film Munka obejrzałem ładnych kilka lat temu, jeszcze nie do końca zaprzyjaźniony z takim kinem. Na pewno odświeżę. Tematycznie – wprost uwielbiam „Pociąg” Kawalerowicza.

      1. One są mniej więcej z tego samego okresu :-). Z „pociągowych” filmów są jeszcze „Uciekający pociąg” i „Niewygodny świadek” ale to zupełnie inna para kaloszy :-)

        1. Secrus

          I adaptacje „Morderstwa w Orient Expressie”, „Starsza pani znika”, „Ślepy tor” Bera na podstawie Grabińskiego, nawet „Niepowstrzymany” z Denzelem Washingtonem. Ale fakt, wkraczamy już na inne tory :D

          1. Za to, z naszych, „Ludzie z pociągu” i „Droga na Zachód” już bliżej sytuują się odpowiednich torów :-)

            1. Secrus

              Dzięki, o „Drodze na Zachód” do tej pory nie słyszałem :)

Dodaj komentarz