You are here
Adrian (Secrus) Książka 

„Dziewczyna z sąsiedztwa” – Potwory, nie ludzie…

Przypomnij sobie swój najstraszniejszy koszmar. Może miałeś taki, który dręczył cię przez lata, nasycał przerażeniem każdą noc spokojnego dzieciństwa? Nawet jeśli był, pewnie już dawno cię opuścił. Te nocne nie żyją długo. Gorzej z koszmarami, które napadają w środku dnia, kiedy nie śpisz, i czyhają w ciemnych zakamarkach. Te trwają, bo są prawdziwe. I nigdy nie odpuszczają.

Pamiętasz tę sielankę? Najpierw było kolorowo. Wiesz, kojarzysz przecież, młodość, piękna dziewczyna, zauroczenie, łowienie raków z nagrzanej słońcem skały, diabelski młyn w karnawałowym wesołym miasteczku. Tak zaczęła się ta historia i taką chciałbyś ją zapamiętać. Ale nagle BUCH! I nie ma tego. Zaczyna się horror. Ten, który go spisał, sprytnie cię podszedł – zaczął powoli z literackim wyczuciem zaprzyjaźniać się z bohaterami, dał czas na poznanie ich, aż uwierzyłeś, że on o niczym nie wie. Przyzwyczaił do harmonijnych przedmieść New Jersey z lat 50. i opowiastki w stylu Cudownych lat, aż nagle przemienił wspomnienie w dokument, opowiedział z okrutną precyzją to wszystko, czego się dopuściliście. Przywołał autentyczny ból.

Byliście Dzieciakami ze Ślepej Uliczki Laurel Avenue. Grupką dobrych przyjaciół z sąsiedztwa. Ty, paru znajomych i trójka przyjaciół z domu Chandlerów: Donny, Willie i Woofer. Wychowywała ich samotnie matka – Ruth – kobieta ekscentryczna i nieprzewidywalna. Pewnego pięknego poranka poznałeś Meg, starszą od ciebie piękność (chyba miała 15 lat, co?), która wraz z poturbowaną po wypadku samochodowym siostrą Susan zamieszkała u Chandlerów. Myślałeś, że to układ idealny – cudowna dziewczyna tuż obok ciebie, możecie się mijać codziennie i zbliżać do siebie z każdym dniem. Ale Meg nie przypadła do gustu Ruth i stała się obiektem jej chorych upodobań. A potem kobieta skłoniła do tego synów, a potem wszystkie dzieciaki z okolicy. Meg była dla niej dziwką, brudną i zepsutą dziewczyną, którą trzeba wychować najokrutniejszymi metodami, zaszczuć i poddawać najgorszym próbom w wygłuszonej piwnicy przeznaczonej niegdyś na zimnowojenny schron. Pamiętasz ją? Miała na imię Meg. Byłeś chłopakiem z domku obok, a ona była dziewczyną z sąsiedztwa. I ty to wszystko biernie obserwowałeś.

Prawda, że Ketchum oddał te przeżycia bez półśrodków? Ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej. Prostym językiem – bo przecież te czyny splugawiłyby każdą liryczność – oddał chłód schronu, strach Meg, bestialstwo jej oprawców i psychotyczność Gry, w którą wszyscy graliście. Opowiedział w pierwszej osobie, aby zaszokować, zaobserwować wahadło moralne u tego, który chciał się sprzeciwić, ale toczył bój z własnymi żądzami i strachem przed konsekwencją wyłamania się. Nie wiem, czy nie wyolbrzymił siły manipulacji młodymi umysłami, czy nie spłycił tego, ale przecież czerpał z prawdziwych wydarzeń. To nie Niepokoje wychowanka Törlessa, nie Kwiaty na poddaszu i Władca much, choć sceneria i temat znajome. Doskonale wiesz, że to nie to samo, bo tu nie było miejsca na filozofię, fabularne upiększenie i poszukiwanie alegorycznego sensu. To się zdarzyło naprawdę, w tym świecie, w tym życiu. I dlatego było takie beznamiętne.

I dlatego, wierz mi, czułem autentyczny dyskomfort podczas czytania. To chyba tkwi w psychice. Taka perspektywa obserwacji okrucieństwa, w którym brałeś udział, sprawiła wrażenie czynnego uczestnictwa w nim. Pytania o to, dlaczego nikt nie zareagował, dlaczego istniał taki domek i taka piwnica, stają się bardziej realne. I przez tę grozę, opluwanie ludzi i epatowanie brutalnością zakrywające wszystko pomiędzy w pewnym momencie czujesz, że już nie chcesz tego czytać. To za wiele. To zbyt zimne. Dlaczego miałoby się to czytać i wchodzić w ten koszmar? Powiesz mi? Bo pytania, dlaczego to istnieje poza literaturą, boję się zadać.

Szokuje. Wzbudza obrzydzenie i wywołuje niedowierzanie. Jest czymś, co chce się od siebie odepchnąć i zostawić daleko za sobą. Oparty na prawdziwej historii Sylvii Likens thriller, horror, torture porn – gatunki są nieistotne. Wciąż nie wiem, czy podlega jakimkolwiek kategoriom oceny, bo gdy się czyta najobrzydliwsze opisy lub ogląda najohydniejsze sceny w innych książkach czy filmach, jest się odpornym – zaleta odbioru na prawach sztuki. Ale tu Jack Ketchum osiągnął ten poziom realności, którego nie da się przekroczyć. I dlatego tak trudno się z Dziewczyną z sąsiedztwa zmierzyć, tak trudno ją skończyć. Pozostawia po sobie bardzo wiele: refleksje, przemyślenia, obrazy przed oczami, ale też obrzydliwy osad w głowie, którego się już nie wypleni. A do tego coś jeszcze zabiera – drobinkę sympatii do ludzi, kawałek pogody ducha, milimetr krzywizny uśmiechu, jakim możemy obdarowywać świat.

PS Co to za moda umieszczania na początku książek „wstępów”, które zdradzają całą fabułę i opowiadają o powieści, jakby czytelnik perfekcyjnie ją znał? Czy to nie powinno być na końcu, jako posłowie, komentarz… cokolwiek?

PPS Korektor Morderca przeczytał książkę i obiektywnie stwierdził, że musi popełnić harakiri. I popełnił. Więcej niż 200 błędów w krótkiej, ponadtrzystustronicowej książce go do tego zmusiło.

Podsumowanie:
Tytuł:
Dziewczyna z sąsiedztwa
Autor: Jack Ketchum
Tłumaczenie: Łukasz Dunajski
Wydawca: Papierowy Księżyc 2016
Moja ocena: 7+/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu

papierowys

Related posts

One thought on “„Dziewczyna z sąsiedztwa” – Potwory, nie ludzie…

  1. […] próbowałem m.in. w tekstach o Mechanicznej pomarańczy, Wielkim marszu, opowiadaniach Poego, Dziewczynie z sąsiedztwa i […]

Dodaj komentarz